Yves Tumor – Safe in the Hands of Love (recenzja)

Yves Tumor
Yves Tumor

Piękna i odpychająca, agresywna i kojąca, kontemplacyjna i taneczna. Rozwrzeszczana i skupiona, klasyczna i obrazoburcza, eksperymentalna i przystępna. Futurystyczna, acz dawno już miniona, cała realizująca się w dźwięku, a jednocześnie performatywna. Rozseksualizowana jak wszystko wokół, lecz TRANSgresywna. Chaotyczna, spójna, pokawałkowana, totalna. Muzyka jutra, której środowisko dziennikarskie nie zdążyło jeszcze zamknąć w sztywnych ramach jakiejkolwiek nazwy. Muzyka, którą tworzą od kilku lat takie postaci jak Arca, serpentwithfeet, Chino Amobi, Pan Daijing, Lotic czy właśnie Yves Tumor. Muzyka, której album „Safe in the Hands of Love” wydaje się najlepszą dotychczasową wizytówką. Muzyka, której nadejścia wyczekiwał każdy zniesmaczony niedawnymi falami retromanii miłośnik sonicznej progresji, a której autorzy za Marcinem Prytem z 19 Wiosen podśpiewywać by sobie mogli pod nosem „bez matki, bez ojca, nareszcie sam do końca”.