X-Men – Jim Lee: recenzja

Jak wyglądały pierwsze zeszyty „Uncanny X-men” narysowane przez nieocenionego Jima Lee? Polscy fani komiksu mogą się o tym przekonać dzięki wydawnictwu Egmont, które wypuściło na rynek prawdziwą perełkę.

Jim Lee to jeden z najbardziej znanych rysowników komiksów poświęconych superbohaterom. Nazwisko to kojarzą nawet ci, którzy historie z chmurkami czytają od święta. W końcu to właśnie ten Amerykanin, który założył  w 1992 r. „Image Studio”, odpowiedzialny jest za legendarny tytuł „Batman Hush” czy serie poświęcone Punisherowi, Lidze sprawiedliwości, czy w końcu X-Men.

Publikacja „X-Men – Jim Lee” zawiera albumy wydawane w ramach niezapomnianej serii „Uncanny X-Men” (zeszyty 248, 256-258, 268-269, 273-277), które ukazały się w latach 90. Egmont zaprasza nas więc w sentymentalną podróż do przeszłości. Podróż nad wyraz ekscytującą i pełną wrażeń. Podczas jej trwania poznamy Lady Mandarin (czyli Psylocke służącą organizacji „Ręka”), podpatrzymy, jak wyglądało pierwsze spotkanie Wolverina z Kapitanem Ameryką, będziemy świadkami niecodziennego sojuszy Magneto z członkinią drużyny X-Men oraz udamy się w przestrzeń kosmiczną.

Niestety nie jest to jednak komiks dla każdego. Żeby połapać się we wszystkich historiach, które są w nim przedstawione, trzeba naprawdę dobrze orientować się w dziejach załogi mutantów oraz w biografii poszczególnych jej członków. Co prawda wstęp Kamila Śmiałkowskiego naprowadza nas na odpowiednie tory, ale bez dużej dawki własnej wiedzy ciężko będzie nam się tymi torami poruszać. Fabuła jest pourywana, pełna odniesień do uprzednio opublikowanych numerów i skierowana do świadomego czytelnika. Do tego scenarzysta, Chris Calemont, którego osobiście bardzo cenię, lubi eksperymentować, wprowadzać do swoich opowieści nutkę chaosu i niedopowiedzeń.

Jeśli chodzi zaś o rysunki, to dostajemy tutaj lata 90. w pigułce. Monstrualne sylwetki bohaterów, kobiety ociekające seksem, duża ilość gadżetów  i oszczędne kolory. Cóż, fani TM-Semic powinni być zachwyceni. Choć jest to lekko kiczowata stylistyka, nie sposób odmówić jej uroku. Lee dba o szczegół i dopracowuje swoje plansze do perfekcji. Do tego znakomicie oddaje emocje postaci i potrafi namalować ciekawe tła – zarówno te zimne, futurystyczne, jak i osadzone w naturze.

Czy warto wydać w sumie niemałą kwotę na ten intrygujący tytuł? Zdecydowanie tak, ale tylko jeżeli jesteś prawdziwym fanem „X-Men” i orientujesz się dobrze w zawiłych losach mutantów. W innym przypadku możesz poczuć się zagubiony i szybko odstawisz komiks na półkę.

tekst: Archer