Wywiad z Natalią i Pauliną Przybysz cz. 2

fot: Mateusz Czech Fotografia

Jeśli pamiętacie nasze letnie spotkania z cyklu Cudowny Dzień to z pewnością słyszeliście, że jednymi gości były siostry Natalia i Paulina Przybysz. Z Paniami rozmawialiśmy o wielu rzeczach, a naszą rozmowę skończyliśmy w TYM miejscu. W kolejnej części dowiemy się trochę o dzieciństwie, przeszłości i…

Pójdziemy teraz w stronę Waszego dzieciństwa. Jakie macie najlepsze wspomnienia wakacyjne?

Paulina Przybysz: Mało było wyjazdów zagranicznych. Ja np. uważam, że nasz ojciec trochę męczył nas wakacjami na łódce, ale przez to teraz za tym tęsknie i chce spędzać takie wakacje. Jeździć od Śniardw, do Giżycka, czekać na wiatr i opalać się na dziobie.
Natalia Przybysz: Ja lubiłam jeździć z dziadkiem na bródnowską działkę i robić tam kawkę z ziemi (śmiech), jeść szczypiór z grządki.
P.P. Może to nie jest głębokie dzieciństwo, ale gdy byłyśmy niepełnoletnie rodzice puszczali nas na warsztaty jazzowe do Puław i tam mogłyśmy ze wspaniałymi jazzmanami takimi jak Sojka, Hołownia, Jonkisz, Wegehaupt grać muzykę, uczyć się od nich.
N.P. Ja byłam w zespole z dwoma gitarzystami, których właśnie tam poznałam. Do tej pory ze sobą gramy – Mateusz Waśkiewicz, Jurek Zagórski.
P.P. Zawsze nas wyganiano gdzie była muzyka i warsztaty. Piękne było nasze dzieciństwo, wrzucano nas w dziwne sytuacje artystyczne.

A jak byłyście nastolatkami, podkochiwałyście się w tych samych osobach?

P.P. Miałyśmy podobną wczutkę w Robin Hooda z RTL7. Albo francuza z Wielkiego Błękitu.

Jak się zachowuje odrębność na tak wielu poziomach współpracy.

P.P. Nie pamiętam tego już, byłam za mała, żeby mieć odrębność. A co dopiero odrębność w zespole.
N.P. Ale był piękny moment odrębności Pauliny, na który ja nigdy się nie odważyłam. Mianowicie Paulina poszła do pokoju i wymyśliła piosenkę „Ispirations”.
P.M. Zrobiłam kompozycję, która od początku do końca mi wjechała, ale byłam dziewczyną realizatora, który pokazał mi obsługę podstawowych programów muzycznych.
N.P. Jest teoria, że Paulina była wtedy głośniej na koncertach.

fot: Mateusz Czech Fotografia

Macie już na tyle tej odrębności, że już się nie mieszacie?

N.P. Tak, mamy dwa odrębne zespołu, a ja swojego realizatora dźwięku (śmiech).
P.P. Mamy też oddzielne gatunki, w których się panoszymy. Natalia robi pop według akademii fonograficznej, a ja elektronikę.

Jak wygląda szukanie siebie, kiedy wychodzisz z branży? I chcesz ułożyć wszystko na własnych warunkach?

N.P. Mamy niesamowitą perspektywę na to, co się działo w Polsce. Po Sistars z „Sutrą” byliśmy na szczycie, ale ta pozycja nie interesuje mnie w ogóle. Pamiętam tamte czasy, kiedy uciekałam w klapkach po plaży przed prasą. Byłyśmy zmęczone tym, że gramy bez przerwy, nie było miejsca na zastanowienie się, czy chcemy grać dla siebie. Trzeba było się odciąć, odnaleźć się – wyjść z tego obrazka, że zobaczyć jak ono wygląda z zewnątrz. Mieszkałam później w Londynie przez pół roku, byłam normalnym człowiekiem. Przybyszem na ulicach Londynu. Zużywszy wszystkie pieniądze na szkołę, byłam na poziomie studenta. Poprzez takie sytuacje odzyskuję się pokorę, przez co łatwiej zdecydować co chce się robić dalej i w jakim kierunku podążać. Osamotnienie twórcze również wyszło mi na dobre. Paulina nagrała swoją pierwszą płytę, później ja to zrobiłam.
P.P. Ja dosyć szybko po Sistars weszłam w macierzyństwo, które totalnie daje dystans do wszystkiego i zupełnie inną perspektywę.


fot: Mateusz Czech Fotografia

Jak dbacie o swoje rodziny na odległość, gdy działacie w trybie koncertowym?

N.P. Jak jestem w trasie z chłopakami, to zamieniam się w chłopaka, a muszę się przecież zamienić z powrotem w matkę. Nie jest to najłatwiejsza sytuacja, ale chce, żeby moje dzieci wiedziały, że trzeba się spełniać w życiu i życzę im tego samego.
P.P. Ja się bardzo jarałam stanem ciąży, był podkręcający. W końcu mój brzuch się naprężył po raz pierwszy w życiu (śmiech).

Czy miałyście moment zawodowy, w którym robiłyście chałtury?

N.P. Nie, jedynie było przemęczenie Sistarsowe. Ja miałam moment, w którym Paulina nie była już ze mną w pokoju, był już realizator (śmiech). Było mi bardzo smutno, czułam się samotna, wszyscy byli w parach. Czułam, że wjeżdża rutyna i trzeba to zatrzymać.

A gdzie jest granica komercji?

N.P. Tam gdzie się kończy szczerość, bo można też być bardzo komercyjnym i bardzo szczerym. Jak serce nie spotyka się z rozumem to wtedy jest padaka.

fot: Mateusz Czech Fotografia

Jakie są Wasze ulubione zespoły?

P.P. Alabama Shakes – to powraca, Hiatus Kaiyote, Arctic Monkeys – po koncercie na Openerze, miałam ciepłe uczucia do wokalisty, umówmy się jest bardzo uroczy. Każdego dnia inny zespół prowadzi mnie za rękę, wracam też do The Beatlesów.
N.P. W kuchni ostatnio słuchałam Nicka Cave’a, było to niezbyt dobrze postrzegane przez rodzinę – wychodziły mi same smutne potrawy. Oglądałam ostatnio piękny dokument „One More Time with Feeling” o tym jak nagrywał swoją ostatnią płytę. Jak on przekuwa swoja emocje po tym, co go spotkało i jego syna – niezwykła moc. Ostatnio też Tomasz Stańko u nas leci.
P.P. Muzyka to zastosowanie, jak chce się zdrzemnąć w hotelu to puszczam Cheta Baker’a, mam wtedy półświadomy sen. Każdego dnia jest Ci coś innego potrzebnego i co innego odpalasz, to jak jedzenie.

Jak wyobrażacie sobie siebie za 10 lat?

P.P. Mogłabym mieć ciepłą przestrzeń gdzieś na świecie, żeby udawać się tam podczas naszej zimy. Chciałabym grać i grać z ciekawymi ludźmi.
N.P. Ja bym chciała robić, to co robię, ale może mieć normalny weekend.
10 lat to nie jest odległa przyszłość. Żeby w naszym kraju nikt nie ograniczał nam dostępy do sztuki, żeby nie działo się nic złego, żebyśmy się obudzili.

Dodaj komentarz