Wywiad z Natalią i Pauliną Przybysz cz. 1

fot: Mateusz Czech Fotografia

Latem Aktivist zapraszał was na wyjątkowe spotkania z osobowościami kultury, które organizowaliśmy z Cudzie nad Wisłą. Lato jest już pięknym wspomnieniem, ale ci, którzy z różnych powodów nie dotarli na nasze spotkanie z Pauliną i Natalią Przybysz właśnie mają okazję zapoznać się z tym co siostry powiedziały naszym redaktorom.

Poniżej pierwsza część długiego wywiadu, a tym, którzy ciekawi są co nasi recenzenci myślą o wspominanej w tekście reedycji płyty „Siła Sióstr” zapraszamy TU.

Planujecie wydać wspólną płytę?

Paulina Przybysz: Jesteśmy jeszcze młode, więc wszystko przed nami. Nie mamy jeszcze tego w żadnym zarysie czasowym, ale wiemy, że prawdopodobnie nie będzie to następny rok.
Dlaczego zdecydowałyście się na reedycję płyty „Siła sióstr”?

Natalia Przybysz: Szef wytwórni Kayax odkrył, iż wytwórnia Wielkie Joł straciła do niej prawa – nie była fizycznie, ani cyfrowo nigdzie dostępna. Stąd pomysł, by to ożywić, wskrzesić, wydać jeszcze raz, aby człowiek mógł się tym nacieszyć.

P.P. Ja w ogóle zgubiłam swój egzemplarz. Można zajrzeć trochę do swojego domku z dzieciństwa, że on dalej stoi, można odwiedzać starą twórczość.

Nie miałyście obawy, że nie odnajdziecie się po latach w tym materiale?

N.P. Jest do dyspozycji dużo różnych starych nagrań, więc z tym każdy artysta musi żyć, że kiedyś grał, bądź wymyślił coś innego. Czas płynie, rozwijamy się i trzeba pokochać tę dziecinadę, która kiedyś miała miejsce.
P.P Myślę, że nigdy nie wiesz po prostu, kiedy na media społecznościowe Twoja koleżanka z podstawówki wrzuci zdjęcie z 3A i okaże się, że to było i miałaś ten sweter (śmiech).

Minęło 15 lat od wydania wspólnej płyty, czy macie dalej wiernych fanów którzy towarzyszą Wam od Sistars do Waszych solowych karier?

N.P. Często zdarza się, że ktoś przychodzi na koncert i mówi mi „Moja mama jarała się Sisters”, jest to jednocześnie przyjemne i bardzo uziemiające.
P.P. Ludzie, którzy byli naszymi fanami, jeździli w sezonie na większość koncertów. Zmieniali miasta razem z nami. Mamy teraz przyjaciół w różnych zakątkach, którzy faktycznie wyrośli razem z nami i nie jest to już relacja fan – artysta.


fot: Mateusz Czech Fotografia

Co się traci, jak przychodzi wielka popularność? Czy brakuje Wam czegoś z czasów Sistars?

P.P. Łatwości w transporcie – jak mam przejechać np. z Warszawy do Nowego Sącza, to jest mi słabo na samą myśl. Kiedyś schodziłyśmy na śniadanie w piżamach i jechałyśmy. Łatwość hibernacji była lepsza.
N.P. Ja miałam dużo przedmiotów od marek, całe odmęty – tego bym teraz nie chciała.
Straciłam kontakt ze wszystkimi znajomymi, w Warszawie bywałam tylko w poniedziałki, kiedy robiłam pranie.
Głos się rozwija, umysł się rozwija, ale traci się odwagę. Wczoraj Zalewski na koncercie wszedł podczas swojego występu w tłum ludzi. Chciałam zrobić to samo, jednak myśli zaczęły mi się kotłować. Kiedyś spadłam ze sceny na dniach Białegostoku, pomyślałam co z tego? Rzuciłam też kiedyś mikrofon z kablem krzycząc „Teraz Wy!”. Tego mi brakuje – odwagi.
P.P. Rozkręcimy Cię na trasie Przybysz & Przybysz! Będziemy rzucać w ludzi mikrofonami.

Jaką część pracy z muzyką lubicie najbardziej?

P.P. Studyjna, twórcza jest bardzo piękna, robisz kawę i przesiadujesz długimi godzinami nad muzykę, składasz piosenki, teksty utworów. Granie koncertów jest również piękne! Mam teraz super team. Dużo kobiet w zespole, zawsze jeździło się z chłopakami i zachodził proces, w którym stawałaś się facetem. Teraz ze mną jest managerka, chórzystka i perkusistka – jest idealnie.

Często współpracujecie z chłopakami z zespołu Night Marks, planujecie stworzyć coś nowego?

P.P. Ja z nimi pracowałam intensywnie w zeszłym roku, bo tworzyliśmy wspólnie moją solową płytę. Chłopaków mam też w składzie koncertowym, są oni również podzespołem EABSów, którzy koncertują z bardzo pięknymi rzeczami, więc muszę o nich walczyć ciągle (śmiech).

A co w nich cenicie?

P.P. Niekończącą się świeżość i autentyczność z nikim tak dobrze nie współpracowało mi się na linii wokalista, pianista jak z Markiem.
N.P. Wzruszające harmonie, dużo przestrzeni, jakość z najwyższej światowej, jazzowej, soulowej półki. Kojarzą się z Robertem Glasperem, ale jest to dużo bardziej progresywne granie. Thundercat, ale z drugiej strony jest to świeższe.
P.P. Zajebiści są po prostu
N.P. Zaczęło się od tego, że odbył się konkurs w Czwórce, w którym byłyśmy w jury. My ich wtedy odkryłyśmy i wzięłyśmy pod skrzydło. Finalnie pograliśmy jeszcze jako Archeo, ale to Paulina bardziej odpaliła współpracę z chłopakami.

fot: Mateusz Czech Fotografia

Co w takim razie z projektem Shy Albatross i Rita Pax? Te zespoły zostawiły już odstawione na półkę?

N.P. Shy Albatross ma znów atak nieśmiałości. Hubert Zemler i Miłosz Pękala, to są bardzo zajęci ludzie, Hubert dużo gra solo, jak i w różnych ciekawych projektach. Miłosz, to najbardziej zajęty i dowcipny człowiek jakiego znam z najśmieszniejszą, fryzurą jaką kiedykolwiek widziałam u mężczyzny. To są Hobbici, ale jeżeli chodzi o Gandalfa i Golluma (chodzi o Raphaela Rogińskiego i o mnie), to we dwójkę gramy sporo koncertów i myślimy żeby bardziej rozwijać się w tym duecie. Znaleźliśmy się we dwójkę i dla mnie jest to totalny cud, jak i dla niego. Będziemy teraz pracować nad autorskim materiałem.
P.P. Ciekawe, nie wiedziałam. A Rita Pax jest moim ukochanym składem i, mimo że każdy się rozszedł po różnych zespołach. Ja znów przyatakowałam swoim materiałem, to myślimy nad wspólnym graniem. Mamy trochę wspólnych prac twórczych, ale czekamy na odpowiednią dziurę w kosmosie, żeby się zjechać i dokończyć nasz album.

Dodaj komentarz