Wywiad z Mia Hansen-Løve twórczynią filmu „Eden”

Narkotyki / czas / disco

Ścieżka dojrzewania

Paryski didżej Paul (Félix de Givry) żyje pełną piersią: kluby, koncerty, podróże, dziewczyny. Ma jednak tylko jedną wielką miłość: muzykę. Jest tak zafiksowany na popularyzacji EDM (electronic dance music), że nie orientuje się, kiedy życie zaczyna wymykać mu się z rąk. „Eden” Mii Hansen-Løve to opowieść o dorastaniu w czasie trwającej dwie dekady epoki, która zdefiniowała scenę klubową. Historia tych, którym nie było dane stać się Daft Punkiem, i niezwykły przegląd wszystkich najbardziej kultowych piosenek klubowych ostatnich 20 lat.

Wszystkie filmy Hansen-Løve są osobiste. Ten, inspirowany historią jej brata Svena, popularnego w latach 90. francuskiego didżeja, może najbardziej. Pełny młodzieńczego szaleństwa i kolorów, ale jednocześnie intymny i dojrzały. Filmowe silent disco, w delikatnej, otoczce kryjące wybuchowy środek.

W muzyce można się zatracić, tańcząc do niej, słuchając jej. Mam wrażenie, że twój film wciąga jak wpadający w ucho kawałek z hipnotycznym, pulsującym rytmem.
Ja i mój brat Sven spędziliśmy długie miesiące, rozmyślając, jak wykorzystać utwory muzyczne w filmie, żeby widownia poczuła ich puls. W „Edenie” muzyka nie jest tłem – to esencja, bijące serce historii. Widzowie, którym koncepcja głębokiej emocjonalnej więzi z muzyką wydaje się abstrakcyjna, mogą mieć z tym obrazem problem. Co pomyślą o moim bohaterze, którego muzyka napędza i karmi? Nie będą rozumieć, jaki jest sens jego życia, cel. Dla niektórych wybór życiowych priorytetów jest oczywistością: najpierw mieszkanie, potem podwyżka, dzieci itd… Ale można przecież odnajdywać sens w tym, co niewidzialne, niematerialne. Więź z muzyką to coś takiego. Paul przesiaduje w swojej kawalerce, nie zarabia wystarczająco dobrze. Ale muzyka to dla niego poezja życia. Potrafi nadać znaczenie wszystkiemu.

Gdyby „Eden” był filmem amerykańskim, grający główną rolę Felix de Givry byłby teraz na okładkach wszystkich modnych magazynów. Mam wrażenie, że na naszych oczach rodzi się kolejna gwiazda francuskiego kina.
Felix na pewno ma zadatki na amanta – wzbudza wśród dziewczyn ogromne zainteresowanie, potwierdzam! (śmiech) Wypatrzyła go asystentka mojego męża zajmująca się castingiem Antoinette Boulat (mężem Hansen-Løve jest reżyser Olivier Assayas – przyp. red.). Muszę w tym miejscu dodać, że ona ma świetne oko: od tego, że zaczepiła mnie na ulicy, zaczęła się miłosna historia moja i Oliviera. Najpierw byłam jego aktorką, a potem zaiskrzyło między nami też na innym poziomie… Felix nie zagrał ostatecznie w tamtym filmie, ale wiedziona przeczuciem Antoinette pokazała mi jego nagranie ze zdjęć próbnych. Zachwycił mnie: spontaniczny, charyzmatyczny, ale z widocznym melancholijnym rysem… Bardzo trudno byłoby mi pracować z kimś, kto po prostu wykonuje fuchę, choćby był świetnym aktorem. Bardzo dużo energii czerpię od moich aktorów. A Felix nie tylko doskonale wygląda, ale zajmuje się też poezją i muzyką. Bardzo wcześnie zaczął jako producent, ma na swoim koncie duże sukcesy w branży. Podczas castingów spotkałam się z wieloma kandydatami. Ale kiedy zaczęliśmy gadać z Felixem, wszystko stało się jasne. Był tym jedynym.

Jego bohater Paul kocha muzykę. To miłość piękna, ale też toksyczna. Paul żyje w bańce, odcięty od „prawdziwego” życia.
Moje ostatnie dwa filmy to portrety indywidualnych ścieżek dojrzewania. Bohaterowie stają się dorośli, ich życie się zmienia. Ale pozostają wierni swojej prawdziwej miłości. Poprzednio w „Żegnaj pierwsza miłości” to było uczucie do pierwszego chłopaka – fabułę oparłam na moim życiu. W „Edenie”, inspirowanym losami mojego brata, jest nią muzyka. Lata płyną, a moi bohaterowie nie potrafią się rozstać, trzymają się swoich miłości desperacko, bo nie potrafią zaakceptować relatywizmu wpisanego w dorosłość. Wiesz, jak jest, dorośli mówią zawsze: „Teraz myślisz, że to mężczyzna twojego życia, ale spotkasz jeszcze pięciu lepszych, zobaczysz! Odpuść! Zajmij się studiami!”. Moi bohaterowie nie godzą się na ten schemat. Nie chcą odrzucić tego, co było, żeby dorosnąć.

Mam wrażenie, że nie samo dorastanie tak bardzo cię fascynuje, ale też czas, jego przemijanie.
Upływ czasu fascynuje mnie i przeraża jednocześnie. I to widać w moich filmach. Zawsze kiedy zaczynam pracować nad nowym scenariuszem, orientuję się, że konieczna będzie podróż w czasie. Nie mogłam uciąć akcji „Edenu” w 2001 r., choć z perspektywy „komercyjnej” być może miałoby to większy sens. Film byłby wtedy portretem pewnej niezwykle modnej epoki sceny klubowej, nostalgiczną podróżą w czasie. No i może mógłby mieć happy end? Moim celem nie jest jednak opisywanie tego, co było. Przeszłość jest tylko kluczem do teraźniejszości.

Brak klasycznego happy endu to jedno. Inwestorzy mieli też na pewno problem z narkotykami. Jest ich na ekranie sporo.
Oczywiście, że narkotyki były wśród inwestorów kością niezgody. Jednych szokowała ich obecność, częstotliwość ich zażywania przez bohaterów – szczególnie kokainy. Inni mówili, że jest ich za mało! Zdarzało im się ze sobą kłócić (śmiech). Pokazałam ten temat tak, jak pamięta go mój brat. Jasne, że narkotyki spaprały co poniektórym życie, ale w przypadku większości, np. mojego brata Svena, były naturalnym komponentem tamtego etapu życia. Narkotyki stanowiły integralną część pejzażu towarzyskobranżowego. Ale niestety – oczywiście z punktu widzenia producentów – nikt ze znajomych Svena nie przedawkował ani nie umarł z ich powodu. Zabrzmi to niepoprawnie, ale ich obecność była „przezroczysta”. Wiem, że w kinie działa taki niepisane prawo: jak widzimy kogoś, kto ćpa, to trzy sceny później ta osoba już nie żyje. Ale w życiu często jest inaczej. To tak jak z papierosami. W amerykańskim kinie papieros to znak, że ktoś jest czarnym charakterem, ma problem, jest nieszczęśliwy. W prawdziwym życiu palą i dobrzy, i źli. I nudni też.

Dalsza część wywiadu znajduje się w wydaniu internetowym => kliknij tutaj

Dodaj komentarz

-->