Wywiad z Justyną Suwałą – scenografką i producentką wystaw

Ryzykuje, rzuca się w nieznane, a potem co najwyżej płacze. Justyna Suwała do życia podchodzi z brawurą. Chce spróbować wszystkiego. Rola w najnowszym filmie Małgorzaty Szumowskiej to kolejny eksperyment w kolekcji jej życiorysów.

Aktorka, stylistka, producentka wystaw, niedoszła rzeźbiarka, barmanka, wokalist- ka, scenografka. Kot podobno ma siedem żyć. Wychodzi na to, że jesteś prawdziwym kociakiem, bo tych żyć masz znacznie więcej.
Tak się jakoś złożyło, że sporo przeżyłam. W październiku kończę 25 lat, ale CV mam na kilka żyć. Trudno mi nawet mój życiorys złożyć w jedną całość, bo staram się po prostu brać, co przychodzi.

Spróbujmy jednak. CV zwykle zaczyna się od wykształcenia.
Wykształcenia brak. Po maturze zrobiłam so- bie przerwę albo poszłam na zaoczną filozofię. Mówię „albo”, bo nigdy nie byłam na żadnych zajęciach i nie pamiętam, czy w końcu się tam dostałam, czy nie. Potem zdałam na rzeźbę na ASP, ale po niecałym roku rzuciłam szkołę. Przyjemne było rzeźbienie, ale nie studiowanie. Poza tym wcześniej zaczęłam już pracować.

Gdzie?
W kawiarni. To była moja pierwsza prawdziwa praca, ale szybko zaczęła mi robić krzywdę. Smutno mi było za barem. Najpierw się cieszy- łam, że poznaję nowych ludzi, uczę się przygoto- wywać kawę, ale szybko okazało się, że to mnie nudzi. Przestało mi to dawać cokolwiek, więc odeszłam.

Musi być adrenalina, żeby ci się chciało?
Wychodzi na to, że tak. Jeśli zastanowić się, ja- kie miałam prace i w jakich okolicznościach je dostawałam, to zdecydowanie tak. Mój styl to rzucić się na głęboką wodę i próbować. Do momentu, kiedy czuję, że czerpię z tego doświad- czenia. Potem zaczynam się denerwować i stresować, i idę dalej. Tak też było z kostiumami.

To kolejny punkt w życiorysie.
Tak. Pamiętam, że podczas pierwszej sesji, którą od razu robiłam z profesjonalistami, ktoś powie- dział mi: „Tylko nie mów, że robisz to pierwszy raz”. No to nie mówiłam. Było fajnie, były wy- zwania, czułam, że się rozwijam. Aż doszłam do momentu, w którym odniosłam wrażenie, że przestają mi odpowiadać warunki, jakie ofero- wały magazyny. Kiedy kolejny raz usłyszałam „zrób sesję do portfolio”, obraziłam się i przestałam. Zajęłam się scenografią.

Tak po prostu?
Jakoś naturalnie. Alan Kępski, z którym współ- pracowałam, potrzebował do swojego projektu kosmonauty ze styropianu. Nigdy nie robiłam kosmonauty. Miałam doświadczenie w rzeźbie- niu. Pomyślałam, że to nie może być trudne. Spróbowałam. Zajęło mi to trzy dni. I tak płyn- nie poszło dalej.

Znów wyzwanie i szybka piłka.
À propos piłek, to współpracuję też z kolekty- wem Nomuda, który robi recyklingową sztukę miejską. Ostatnio musiałam dla nich znaleźć i nadmuchać sto piłek. Fajnie się z nimi jecha- ło w aucie. Lubię takie prace, gdzie trzeba coś ogarnąć, załatwić, znaleźć. Tak też było w galerii Czułość. Kiedy produkowałam wystawę Witka Orskiego, musiałam pojechać do konsorcjum stali znaleźć pręt żebrowy. Trzeba było przyciąć go pod odpowiednim kątem. Chłopcy chcieli, żeby zrobił to ślusarz. A ja stwierdziłam, że pora- dzę sobie sama. Pomyślałam: „To nie może być trudne”. I to jest taka moja odpowiedź na wszyst- ko. „Nie może być trudne”.

Do CV dopisuję więc „metaloplastyk”. Wychodzi na to, że robiłaś więcej, niż myśla- łam. A czego w związku z tym nie robiłaś? Wiedziałaś, kim nie chcesz być?
Nie chciałam siedzieć. Już w szkole miałam z tym problem. Bycie uzależnionym od biurka i ram godzin. To nie dla mnie. Ale nic w tym wyjątkowego. Wiele ludzi tak ma. Ja autodyscy- plinę musiałam wyrobić w życiu sama. Jestem już w stanie wstać rano, choć na początku było trudno. Wiem, że nie mogę robić rzeczy na ostat- nią chwilę, bo potem jest zbyt wiele nerwów. Nauczyłam się tego z troski o siebie. Nie ma ra- czej rzeczy, których nie chciałabym spróbować. Rok temu miałam pomysł, żeby pójść do techni- kum samochodowego. Lubię grzebać w autach i myślę, że to byłaby fajna przygoda. Rzeczy techniczne są bardzo pociągające. Choć pewnie zamiast do szkoły poszłabym od razu do warsz- tatu. Wolę relację mistrz-uczeń niż nauczyciela i notatki.

Masz swojego mistrza?
Myślę, że jest nim mój stroiciel pianin, pan Bąberski. Ale to świeża sprawa i od dwóch mie- sięcy mnie u niego nie było, więc nie chcę o tym za bardzo opowiadać.

Musisz. To życie brzmi za ciekawie.
To prosta historia. Poznałam go dawno temu. Stroił przy mnie pianino i zafascynował mnie. Zobaczył, że go obserwuję i zaproponował wspólne szukanie fałszywych dźwięków. Okazało się, że mam świetny słuch i dobrze mi to idzie, więc powiedział, że jak mam ochotę, to mogę do niego przyjść. Potem jakoś wszystko się rozmyło i dopiero pod koniec zeszłego roku, po latach, odezwałam się do niego. Na pierwszym spotkaniu wyciągnął różne miarki i zaczął mnie uczyć. Powiedziałam: „Wiem, co to są miarki”, a on odpowiedział: „Ale ja nie wiem, czy ty wiesz”. To mnie nauczyło pokory. Nie zawsze warto wyskakiwać ze swoim „Wiem! Wiem!”…

Dalszy ciąg wywiadu z Justyną dostępny w wydaniu on-line.
Aktivist marzec

Dodaj komentarz

-->