Wywiad: Julianna Jonek

Non-fiction, non-profit

Era reportera trwa w najlepsze. Podróżują, poznają i publikują. Już nie tylko w prasie, ale też w wydawnictwach. O tym, co się sprzedaje, czy można zarobić na reportażach i jaka jest cena pisania w Polsce, rozmawiamy z Julianną Jonek, redaktor naczelną Dowodów na Istnienie, debiutującego na rynku wydawnictwa Instytutu Reportażu.

Olga Święcicka: Polska, obca a może podróżnicza? Dobry kwadrans zajęło mi ostatnio znalezienie najnowszej książki Ewy Winnickiej w sieciowej księgarni. Dopadłam ją w końcu na samym końcu sklepu na bezimiennej półce w stylu mydło i powidło. Reportaż to nie literatura?

Julianna Jonek: Nobla nigdy żaden reporter nie dostał, chociaż w tym roku wymieniano wysoko Swietłanę Aleksijewicz. Ale oczywiście reportaże to jak najbardziej literatura piękna. Tylko w Polsce mamy cały czas z tym problem. Za granicą,jeśli piszesz książki, to jesteś pisarzem. U nas reporterów częściej określa się mianem dziennikarzy.

Bo może oni wcale nie chcą być pisarzami.

To zależy. Mariusz Szczygieł bardzo nie lubi, jak się go tak określa. A Wojciech Jagielski wręcz prosi, żeby nazywać go dziennikarzem, nawet nie reporterem wojennym. Ten nasz opór przed nazywaniem literatury non-fiction piękną, a reporterów pisarzami wynika chyba z kompleksów. Bo u nas pisarzem to jest Żeromski czy Gombrowicz. Nie wydaje mi się, żeby książki Hanny Krall ustępowąły „pięknością” literaturze pięknej. A nowelki Prusa? Przecież to często klasyczne reportaże, a traktuje się je jak literaturę. Dlaczego? Bo powstały w XIX wieku? Reportaż to opowieść prawdziwa, która powstaje przy użyciu narzędzi z literatury pięknej. Tak samo liczy się w nim forma, język, styl, rytm.

W codziennych gazetach trudno jednak znaleźć takie reportaże.

To prawda. Wynika to z kondycji współczesnej prasy. Kiedyś było w niej miejsce na pogłębione analizy, długie teksty. Teraz z braku środków żadna redakcja nie może sobie pozwolić na wysłanie reportera na kilka miesięcy za granicę, po to żeby przywiózł jeden reportaż. Na szczęście na rynku nie brakuje wydawnictw, które drukują książki reporterskie.

No właśnie od pewnego czasu mówi się o reportażowym boomie. Rzeczywiście rozglądając się po tym, co macie we Wrzeniu Świata (księgarnia Instytutu Reportażu) może zakręcić się w głowie. Jak się odnaleźć w tym chaosie?

Nie jest to łatwe, bo książek rzeczywiście jest dużo. Kiedy kilka lat temu zaczynałam moją przygodę z reportażem, to czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce, no i obowiązkowo cały kanon. Teraz jest łatwiej, bo można sięgnąć po „100/XX. Antologię polskiego reportażu XX wieku”, przejrzeć ją, trochę poczytać i zorientować się, który reporter nam pasuje.

мAntologia” to taki trochę skorowidz.

Rzeczywiście. To wielka zasługa tej książki, że można się od niej odbić. Seria „Faktyczny Dom Kultury”, naszego wydawnictwa Dowody na Istnienie, jest po części zainspirowana „100/XX”. Szukając tekstów do antologii niej natrafiliśmy na przykład na reportaż Wiesława Łuki „Nie oświadczam się”, który zdecydowaliśmy się wydać ponownie. Stworzyliśmy serię wznowień, żeby podpowiedzieć czytelnikom, jakie książki zostały niesłusznie zapomniane, a według nas tworzą kanon i należy je znać. Tak zwana polska szkoła reportażu to nie tylko Kapuściński, Kąkolewski i Krall. Chcemy przypomnieć również innych wybitnych reporterów.

W wrześniu ruszyliście ze swoim wydawnictwem. Na pierwszy ogień poszły same wznowienia. Czyżby brakowało wam młodych zdolnych?

Zdecydowanie nie. Na początku listopada wydajemy książkę absolwenta naszej szkoły (Polskiej Szkoły Reportażu) Piotra Nesterowicza pt. „Cudowna”, która opowiada o objawieniu maryjnym w latach 60. na podlaskiej wsi. Potem szykuje się jeszcze więcej premier. „Faktyczny Dom Kultury” to pierwsza z kilku serii Dowodów. Planujemy co roku wydawać cztery wznowienia. Wszystkie książki redagujemy na nowo, czasem skracamy i obowiązkowo uzupełniamy o wstęp, który ma pomóc zrozumieć nasz wybór, wytłumaczyć, dlaczego warto wrócić do tego tytułu, a także podpowiadać, w jaki sposób dzisiaj czytać książkę sprzed kilku dekad. Kiedy pracowaliśmy ze Szczygłem nad „Antologią” to uświadomiliśmy sobie, jak wiele wspaniałych tekstów zostało zapomnianych. Niektóre były odkryciami nawet dla nas. Wcale nie jest tak, że moda na reportaże zaczęła się teraz. Najbardziej obfite w reportaże były lata 30., 70 i 90.

Zmieniły się tylko nakłady.

To na pewno. Kiedyś reportaż był też dużo bardziej widoczny w prasie. Wychodził chociażby „Ekspres reporterów”. Taka mała książeczka, gdzie drukowano trzy, duże teksty. Po prostu. Bez zdjęć. Było też wydawnictwo Iskry, które miało świetny zestaw autorów oraz wspaniałą Krystynę Goldbergowa, legendarną redaktorkę i propagatorkę literatury non-fiction.

cały wywiad można przeczytać tu!

2 komentarze

Dodaj komentarz

-->