Wygładzone noir – recenzja filmu „Osierocony Brooklyn” (Z Gutkiem do kina)

Drugi film Edwarda Nortona jako reżysera to dzieło, które powstało z miłości. Z miłości do jazzu, do kina noir i jego późniejszych iteracji. W końcu i przede wszystkim do miasta Nowy Jork, które na czele z Mostem Brooklyńskim jest jednym z ważnych bohaterów tego filmu.

Poprzedni i zarazem jedyny do tej pory film w reżyserii zdolnego aktora, to komedia romantyczna z twistem, w której rabin i ksiądz katolicki zakochują się w koleżance z dzieciństwa. Na swój drugie filmowe dzieło Norton, również współautor scenariusza, wybrał dzieło ambitniejsze – adaptację powieści Jonathana Lehema o detektywie z zespołem Tourette’a, który wplątuje się w polityczną intrygę.

Opowieść jest z początku bardzo prosta. Lionel Essrog (Norton) to facet z nietypową chorobą, który próbuje rozwikłać zagadkę śmierci swojego szefa – detektywa Franka Minnę (Bruce Willis w niedużym epizodzie). Historia szybko się komplikuje, ponieważ ślady zbrodni prowadzą do młodej czarnoskórej aktywistki (Gubu Mbatha-Raw), zbierającej materiały mogące skompromitować miejskiego komisarza Mosesa Randolpha (Alec Baldwin w roli wzorowanej na autentycznej postaci Roberta Mosesa). Randolph rozbudowuje miasto i odpowiada za brutalną gentryfikację i – w tym przypadku dosłowne – niszczenie biedniejszych dzielnic, zamieszkanych często przez mniejszości.

Chcąc nawiązać do klasyków w rodzaju „Chinatown” czy „Sokoła Maltańskiego” Norton przeniósł akcję filmu z późnych lat 90-tych z powieści do dużo bardziej malowniczych lat 50-tych.  Mamy więc oldskulowe samochody, piękne kreacje i wszechobecny jazz, który w unowocześnionej wersji króluje na świetnym soundtracku Daniela Pembertona wespół z jazzującymi piosenkami Thoma Yorke’a. I tyle pozytywów. Problemów jest niestety więcej.

Po pierwsze wszystko z filmie wygląda jak spod igły, co sprawia wrażenie jakbyśmy zamiast autentycznych lat 50-tych oglądali jedynie „stylizację na”. Norton reżyser często nie radzi sobie też z ustawieniem scen, które bardziej niż oddawać realny świat mają ładnie wyglądać w kadrze (ewidentne nawiązania do malarstwa Edwarda Hoppera), co bardzo mocno widać np. w scenie na Penn Station. Problematyczne okazuje się również aktorstwo, w tym reżyserowanie samego siebie. Norton jako Lionel z początku mocno szarżuje, podkreślając przypadłość swego detektywa. Z czasem jednak, kiedy fabuła wymaga od niego dłuższych tyrad, jego przypadłości łagodnieją.

W drugim planie nie jest lepiej. Źle obsadzona Leslie Mann jako wdowa po Franku Minnie nie wypada przekonująco, sam Willis jako Minna gra jakby lunatykował. Alec Baldwin na zmianę przypomina swoją parodię Trumpa z programu SNL i  Jacka Donaghy – przerysowanego korpo-szefa z serialu „30 rock” –  w obu przypadkach jesteśmy jednak niebezpiecznie blisko autoparodii. 

Niestety również scenariusz pozostawia sporo do życzenia. Przy prawie dwuipółgodzinnym metrażu jako widzowie pewnych rzeczy domyślamy się dużo szybciej niż bohaterowie. Niektóre sceny w pierwszej połowie filmu ucinają się jakby za szybko, inne zaś są niemiłosiernie rozwleczone. Filmowi brakuje odpowiedniego rytmu, a Nortonowi ewidentnie reżyserskich umiejętności mistrzów, na których się wzoruje. Aktor przyznaje też, że urbanistyka jest jego pasją. Stąd być może osią scenariusza jest intryga, która dla widza nie jest po prostu zbyt pasjonująca, a jej karty odsłaniają się tak szybko, że postępujące potem dochodzenie straszliwie nuży. Film poleciłbym zagorzałym fanom gatunku i  talentu Edwarda Nortona. Pozostałym widzom sugerowałbym raczej ponowny seans klasyki.

Tekst: Marek Michalak

-->