Relacja z Soundrive Festival 2015

2015-10-01 / Warszawa

Pisałem, mówiłem to już sto razy, powtórzę po raz sto pierwszy. Soundrive to najfajniejszy niezależny festiwal muzyczny w naszym kraju. Jakiegokolwiek nie wymyślicie sobie punktu na check liście dobrej imprezy muzycznej możecie być pewni, ze odhaczycie każdy z nich.

Kameralny, niedrogi, doskonale nagłośniony, wypełniony po brzegi świeżą, różnorodną gatunkowo alternatywą – zarówno z naszego jak i tych obcych podwórek. Żeby być dokładnym – głównie z tego brytyjskiego, ale na to nigdy narzekać nigdy nie będziemy. Tegoroczna edycja to już trzecia (z czterech w sumie), która odbyła się w dokach Stoczni Gdańskiej w klubie B90 –  placówce, której mogłaby pozazdrościć Warszawa i każde inne duże miasto w Polsce. B 90 to dwie niezależne sale ze świetnym dźwiękiem, full profeska oświetleniem, długimi barami do których nie trzeba dopychać się przez pół godziny i (last but not least) czystymi kiblami z waszymi ulubionymi okładkami płyt na ścianach. Minimum, wydawało by się. Niestety nie w Polsce, więc piszę o tych, którym mimo wszystko się chce. Więc tak, to wszystko było w pakiecie podstawowym. Na zewnątrz, w alejce dojazdowej do budynku rozsiadły się food tracki z mielonymi do znudzenia (sic!) hambuxami i naszą ulubioną pizzą – niestety nie pamiętamy nazwy, a była pyszna! Była też DJka, i co chyba najważniejsze, scena Red Bull – najmniejsza, ale tu też działy się przecież ciekawe rzeczy.

MIN_t__2_

Nasz festiwalowy rajd zaczęliśmy od występu Wilgi. Gdański kwartet pojawił się na Soundrive po dwóch latach, po raz drugi zresztą. Już różnica we frekwencji mówiła za siebie – wtedy Wilgę oglądało może trzydzieści osób, teraz występujący o 20 zespół zapełnił bez problemu salę. To jeden z najlepszych obecnie trójmiejskich składów, grający transowego motoryczno-mantrycznego rocka z fajnymi melodiami i rewelacyjną grą sekcji. Nic dziwnego że basista Kamil Hordyniec i perkusista Jacek Rezner trafili w zeszłym roku do składu Pure Phase Ensemble (supergrupy zorganizowanej przy okazji Spacefestu) wraz z Rayem Dickatym i Markiem Gardenerem z Ride. Nie traćcie ich z oczu, będą jeszcze lepsi! Zaraz po Wildze na scenie głównej pojawił się główny gracz (przynajmniej dla nas) czwartkowego rozdania, William Doyle czyli East India Youth. Autor jednej z najlepszych elektronicznych płyt tego roku wystąpił, jak to zwykł czynić, w doskonale skrojonym garniturze. Grał sam, otoczony syntezatorami, padami, laptopami, sięgając od czasu do czasu po gitarę basową z którą wyczyniał szaleństwa miotając się od ściany do ściany. Sprytnie skrojona set lista objęła największe sztosy z obu płyt Anglika; taki mały the best of, więc nikt kto czekał specjalnie na jego występ nie czuł się chyba zawiedziony.  To był bardzo emocjonalny występ i nie pamiętam kiedy ostatni raz tak często,jak tego wieczora, podnosiły mi się włosy na karku.

Wyczerpani intensywnym koncertem obejrzeliśmy spokojnie Drenge. To jedna z tych wyspiarskich załóg, które ciągle wierzą w siłę gitar. Na ostatniej płycie brzmiący potężnie, przestrzennie i dość mrocznie, podczas występu kojarzyli nam się z… Oasis czasów “Definitely Maybe”. Bylo mniej mroku, więcej zadziorności, jak na debiucie Drenge sprzed dwóch lat.Nie za za wcześnie na “powrót do korzeni?” Występy na głównej scenie zamknęli Glass Animals, znów Anglicy, a jakże, ty razem z Oxfordu Do tej pory wydali dwie płyty mieszając elektronikę spod znaku indie z pbr’n’b. Nieco boysbandowy attitude Glass Animals zmiękczył jeszcze w odbiorze ich dość delikatną muzę, ale najwyraźniej nikomu to nie przeszkadzało, bo występ apeli z Oxfordu tego wieczora spodobał się soundrive’owiczom najbardziej. Bujające rytmy (na koncercie perkusista grał na pierwszym planie!), płynące i zapętlone melodie szybko rozkręciły publikę, która na koniec koncertu głośno domagała się bisów.

W Piątek też głównie okupowaliśmy dużą scenę, bo wszystkie strzały z niej oddawane tego wieczora okazały się celne.

Wieczór rozpoczął młodziutki Nowozelandczyk Thomston, czyli Thomas Stoneman. No dobra, do końca z tą Nową Zelandią to prawda nie jest, bo urodził się w Londynie, ale na Soundrive przyleciał prosto specjalnie z Antypodów. To niesamowite, ale ten osiemnastoletni zaledwie chłopak to już w pełni ukształtowany artysta. Na pewno jeszcze nie raz zmieni kierunek swojej twórczości, ale to co robi tu i teraz jest już bardzo dobre, nawet jeśli odwołania do Justina Timberlake’a i Michaela Jacksona są nazbyt wyraźne. Jego hipster r’n’b legitymuje chwytliwy songwriting i przemyślana produkcja, a na scenie odnajduje się rewelacyjnie. Swoją droga kolejne brawa za odwagę dla organizatorów, bo Thomston wydał tylko dwie epki, a swój debiutancki album dopiero kończy. To się nazywa trzymać rękę na pulsie.

Peace__6_

Występujące po nim trio All We Are podtrzymało rozbujaną atmosferę, a w zasadzie podbiło stawkę – było jedną z bardziej rozpoznawalnych kapel grających tamtego wieczora. Choć jak większość artystów tegorocznego Soundrive przyjechali z UK, to przecież są prawdziwie kosmopolitycznym bandem – Irlandczyk gra na bębnach, Brazylijczyk na gitarze, śpiewa zaś Norweżka. Dyskotekowe rytmy i miękkie wokale śpiewane unisono przez całą trójkę kołysały publikę i zachęcały do tańca. W międzyczasie szybko urwaliśmy się na odbywający się na plenerowej scenie Red Bulla koncert Oliviera Heima, “najlepszego muzyka z Polski, choć nie Polaka”, jak mawiamy czasem. Olivier dał jak zwykle czarujący gig i choć nieco przeszkadzał artyście deszcz to nie wystraszył on wiernej publiki, która pomimo niesprzyjającej aury doczekała się bisów. Zaraz potem wróciliśmy pod główną scenę, gdzie trudniejszą muzyczną propozycję niż All We Are składali nam właśnie Hundred Waters, kwartet z (dla odmiany)  Florydy, dowodzonego przez Nicole Miglis. Ich połamana rytmicznie elektronika, w której prym wiodą wokalne eksperymenty Nicole to chyba jedna z najciekawszych propozycji tegorocznego Soundrive’a. Pomimo introwertycznego charakteru muzyki artyści mieli świetny kontakt z publicznością, a samej Nicole nie znikał z twarzy uśmiech. Bardzo poważnie za to zaprezentowali się, wyglądający i grający jak przeniesieni w czasie z końca lat 60’, Temples. Cóż, psychodelia to nie heheszki. Jeżeli ktoś twierdził, że ich debiutancki album nosi za dużo produkcyjnej patyny mającej go upodobnić do tamtej epoki, to na koncercie mógł poczuć się zadowolony – zespół brzmiał dużo bardziej surowo i wyraziście. Do tego muzycy zaprezentowali nowe kompozycje, które mają znaleźć się na kolejnej płycie. 

W sobotę postanowiliśmy więcej czasu spędzić pod małą sceną. Zaczęliśmy od polskiego akcentu – wszyscy lubią przesympatyczne dziewczyny z Dog Whistle, które w sumie więcej gadały niż grały, ale ich żywiołowe, dziewczyńskie piosenki bardzo się podobały, bo pod koniec ich występu mała sala była już pełna. Później podziwialiśmy MIN-t: Martyna Kubicz dała żywiołowy występ a jej różnorodna brzmieniowo elektronika przyciągnęła tłum słuchaczy którzy dali się porwać do tańca pomimo ścisku i gorąca. Świetny koncert dali też grający w strugach deszczu Hatti Vatti, a fakt że aura nie przegnała publiczności mówi sam za siebie. Trudno sobie wyobrazić lepsze zakończenie festiwalu niż Peace. Ten zahaczający o psychodelię, ale nie rozstający się z popową melodyką i produkcją zespół jak żaden inny zgromadził pod sceną piszczącą z radości publikę. Szał!

Drenge__10_

Była to, jak do tej pory, chyba najlepsza edycja Soundrive’a. Super jest patrzeć jak krok po kroku ta impreza rozwija skrzydła, bo przecież dostaliśmy występy na dodatkowej scenie, można też było po raz pierwszy wziąć udział w panelach dyskusyjnych. I towarzyszą mi tu ambiwalentne uczucia, bo fajnie z jednej strony że festiwal jest świętem ludzi NAPRAWDĘ zainteresowanych nową muzyką, niezadeptanym, nie męczącym tłumami, odległościami itd, przez te trzy dni przenosząc nas nas do nieco innej rzeczywistości, również w stosunku do festiwalowych realiów w Polsce. Z drugiej strony nie mogę zrozumieć z jakim uporem ignorują go nieraz nasi koledzy po fachu – zarówno dziennikarze jak i inni animatorzy branży muzycznej, których widuję tłumnie stawiających się na innych imprezach o podobnym profilu, za to dużo bardziej krzykliwych i mocno  hajpowanych. Wielka szkoda, bo omija ich po prostu kapitalna impreza. Ale może zostawmy ich w spokoju, w końcu każdy ma taki Soundrive, na jaki sobie zasłużył.

Zdjęcia: Jarosław Kowal

1 października

Warszawa