Off jest kobietą. Relacja z festiwalu

Off po raz kolejny potwierdził , że w Polsce mamy najpiękniejsze kobiety. Hardkorowy upał tylko sprzyjał zabójczej rewii mody, a najfajniejsze dziewczyny zebrały się pod sceną w trakcie niedzielnego koncertu The Julie Ruin. Ta ekipa miała zagrać na Offie rok temu, ale jak widać co się odwlecze…A legendarna Kathleen Hanna to właściwie oddzielny rozdział we współczesnym punku. Ikona feministek i orędowniczka Girl Power bardzo energetyczny koncert wykorzystała do jeszcze bardziej energetycznej agitacji. Ujmująca urokiem artystka, udowodniła wszystkim bucom piszącym głupoty w internetowych komentarzach, że feministki to kobiety z gracją. No, ale trzeba ruszyć tyłek sprzed kompa i wytrzymać godzinę tańców w dusznym namiocie, żeby skumać, że na tych przezgrabnych nogach podskakuje prawdziwe zjawisko.

Kontynuacją wątku zjawiskowych kobiet był występ chyba największej gwiazdy festiwalu – Patti Smith. Można narzekać, że babcia, że z takimi gwiazdami to na słynny nadmorski festiwal dla bogatych prezesów i tak dalej. Nie zmienia to jednak faktu, że była to podróż do epoki, w której ludzie wierzyli, że muzyka może zmieniać świat i być czymś więcej niż tylko akompaniamentem do zabawy. Płyta „Horses” wypadła na żywo tak, jak chyba wypaść miała. Wystarczyło rozejrzeć się dookoła i spojrzeć na twarze ludzi. W jakiś sposób czuło się, że dla większość z nich ten koncert jest czymś więcej niż obowiązkowym obczajaniem festiwalowej gwiazdy. A Patti jak to Patti – nie ominęła okazji, by wspomnieć ofiary atomowej masakry w Japonii i swoich dawno nieżyjących kolegów po fachu.

Girl Power w ciut słabszym wykonaniu zaprezentowała też Colleen Green. Trochę nie wierzymy w to, co piszemy (tym bardziej, że z zachwytem recenzowaliśmy jej ostatni album), ale niestety urocza Amerykanka przegrała zarówno z upałem jak i ogólną atmosferą zmulenia, jaka zaczęła panować w pierwszy wieczór imprezy. Szkoda, bo przecież ta muzyka narodziła się w duszne kalifornijskie noce. Coś chyba jednak jest na rzeczy z tym przystosowaniem do upałów, bo występujące dzień później Ogoya Nengo & The Dodo Women’s Group dały taki popis, jaki potrafią zafundować tylko Afrykanie. Wydawało się, że ten żar je tylko nakręca. Nie wiemy, jak to możliwe, ale reprezentanci Czarnego Lądu to jedyna ekipa, która co roku na Offie wypada bez zarzutu. Weteranka z Kenii powinna grać o godzinie, o której składają się ostatni didżeje. Nie ma w ogóle opcji, żeby ktoś do tego nie tańczył. Przesunęlibyśmy też występ Songhoy Blues. Jedna z naszych największych tegorocznych zajawek wypadła świetnie, ale mamy wrażenie, że ten koncert (podobnie jak King Khana) wyglądałby zupełnie inaczej gdyby w plecy publiczności zgormadzonej pod główną sceną nie zionął żar jak zza piekielnych wrót. Nie zmienia to jednak faktu, że Songhoy zaskoczył aranżami. Było mniej bluesa i o wiele więcej afrykańskiej improwizacji, która sprawiła, że kawałki znane z płyt wypadły jeszcze bardziej tanecznie. Zresztą jak mogło być inaczej przy takim wodzireju?!

Nie możemy też pominąć magicznego koncertu Huun Huur Tu, który był jednym z większych wydarzeń etnicznej soboty na Scenie Eksperymentalnej. Ekipa z Tuwy to właściwie inna rzeczywistość. Z tych dźwięków biła prawdziwa szamańska magia. Kiedy w cieniu rzucanym przez namiot ciało koło ciała zaległy prawdziwe tłumy, po raz pierwszy poczuliśmy się jak podczas jakiegoś hippisowskiego festiwalu.

Słońce doskwierało, a na terenie imprezy i tak kręciła się brać w czarnych koszulkach z logami najbardziej ekstremalnych kapel. Nic dziwnego. W tym roku w Katowicach zagrały aż trzy składy, które jeszcze kilka dni wcześniej ozdabiały lineup Brutal Assault – najgłośniejszej imprezy w tej części kontynentu. Zaczęło się od Sunn O))) zespołu, którego nazwa jest tak dziwna jak „muzyka”, którą gra. To nie był standardowy koncert, a raczej show z pogranicza performensu i muzycznego teatru. Gra na konwencji znanej z komiksów, horrorów i heavymetalowego cyrku. Dla jednych to było doznanie, dla innych ciekawostka. Jako ciekawostkę potraktowaliśmy też sobotni występ The Dillinger Escape Plan. W kilkadziesiąt sekund okazało się jednak, że wariaty ze Stanów to nie tylko naspidowany cyrk, ale też kandydaci do najlepszego koncertu imprezy. Wyobraźcie sobie kilku wytatuowanych facetów, którzy wskoczyli do środka cyklonu, albo gigantycznego miksera i już wiecie, o co chodzi. Tego po prostu nie dało się ogarnąć ani wzrokiem, ani słuchem.

Na ostatni strzał poszedł nasz towar eksportowy czyli Decapitated. Niewtajemniczeni wiedzą, że to legenda tylko ciut mniej znana od Behemotha. Wtajemniczeni jęczą, że 15 lat temu było brutalniej. Wszyscy jednak dziarsko pogują, a pod sceną widać też uśmiechniętych reprezentantów starszego pokolenia. Coś w tym jest, że polski death jest popularny tak bardzo jak ogórki kiszone i wódeczka, które zawsze łączą ponad podziałami. Fajnie, że organizatorzy znów zauważyli krajowe brutalne granie. Może za rok na głównej zobaczylibyśmy Nergala z kompanią?

Sprawdź foto relację z festiwalu:
Dzień I
Dzień II
Dzień III

foto: Radek Zawadzki

27 czerwca