Wonder Woman #3: Żelazo

Wonder Woman to księżniczka Amazonek, ale zamiast w ukryciu ćwiczyć sztuki walki z siostrami została amerykańską superbohaterką w seksownym kostiumie.

„Wonder Woman. Żelazo” to trzeci tom jej przygód po wznowieniu wszystkich serii komiksowych DC Comics. W skrócie oznacza to opowiedzenie na nowo losów Batmana i spółki – starzy czytelnicy i tak kupią, a może uda się przyciągnąć nowych, którym nie chce się zgłębiać tworzonej przez dekady trykociarskiej mitologii. W przypadku Wonder Woman to się udało. Scenarzysta Brian Azzarello osadził akcję w czasach współczesnych, ale jej bohaterami uczynił greckie bóstwa. Choć Amazonka stara się uratować ludzkie niemowlę, to współczesne realia są jedynie dekoracją dla rozgrywki między bogami. Ojcem niemowlęcia jest Zeus, który dalej dokazuje jak za dawnych czasów na Krecie, gdzie uwiódł Europę. W XXI wieku zabawia się jednak na amerykańskiej prowincji. Nie ma czasu na rządzenie, więc jego miejsce na Olimpie zajmuje Apollo. Noworodka dopaść chce połowa greckiego panteonu, bo stara przepowiednia mówi, że potomek gromowładnego krwawo przejmie władzę.

Niestety w scenariuszu jest trochę mielizn fabularnych i taniego patosu, ale to cechy charakterystyczne komiksu superbohaterskiego. Poza tym wolty w stylu deus ex machina są w tym przypadku jak najbardziej na miejscu. Azzarello napisał wciągającą historię sensacyjno-przygodową, której dużą zaletą jest niejednoznaczność i nieprzewidywalność. Świetnie wypada też warstwa graficzna. Cliff Chiang rysuje sprawnie i efektownie, podkreśla to odpowiedzialny za kolorowanie Matthew Wilson. Komiks najlepiej czytać, znając poprzednie dwa tomy, ale „Wonder Woman. Żelazo” równie dobrze może być początkiem przygody z Wonder Woman. To oczywiście kontynuacja, ale fabuła jest dość zamknięta i nie powinna stwarzać trudności podczas lektury.

Wonder Woman #3: Żelazo
scenariusz Brian Azzarello
rysunki Cliff Chiang
kolory Matthew Wilson
Egmont, czerwiec 2015

Zobacz także:

Ant-Man – recenzja filmu

Twórcy mieli świadomość, że historię dobrego złodzieja, który wciska się w zmniejszający kostium i wraz z armią mrówek ratuje świat, krążąc po węzłach sanitarnych i pionach wentylacyjnych, lepiej potraktować z przymrużeniem oka. Czytaj więcej>>

Leon Bridges – Coming Home

Leon sięga jeszcze głębiej i wskrzesza klasyczny soul z elementami gospel, dzięki czemu zabiera nas w podróż do epoki, kiedy przemysł muzyczny dopiero raczkował… Czytaj więcej>>

Years & Years – Communion

Z jednej strony oryginalności w niej tyle, ile w TVN-owskich serialach, ale z drugiej – w przeciwieństwie do fabuł tych seriali „Communion” wwierca się w głowę z impetem. Czytaj więcej>>