Wojna nieskończoności – recenzja

Jeśli jesteś entuzjastą filmów Marvela, ale niekoniecznie czytasz komiksy, które są poświęcone twoim ulubionym superbohaterom, to możesz pomyśleć, że tytuł ten jest w jakiś sposób powiązany z kinowym hitem „Avengers: Infinity War”. Nic bardziej mylnego. Są to w zasadzie dwie osobne historie, powiązane ze sobą w bardzo, bardzo, bardzoooo luźny sposób. I super! Dzięki temu możemy poznać historię Rękawicy Nieskończoności z zupełnie innej perspektywy.

 

Ochłonęliście już po „Endgame”? Zdążyliście stęsknić się za Hulkiem, Kapitanem Ameryką, Thorem, Czarną Wdową i resztą ekipy? W takim razie zamiast czekać aż Marvel Studios wypuści kolejnego blockbustera przejdźcie się do najbliższego sklepu z komiksami, i kupcie sobie „Wojnę nieskończoności”. Przedtem nie zapomnijcie jednak przeczytać „Rękawicy Nieskończoności”, która jest poprzednią częścią wydanego właśnie przez Egmont Polska głośnego tytułu.

Autorem scenariusza jest uznany w swoim fachu Jim Starlin, a za rysunki odpowiadają: Ron Lim, Tom Raney, Angelo Medina, Larry Alexander i Shawn McManus. Ten zacny team zebrał się w 1992 i stworzył komiks, który przeszedł do historii i dzisiaj określany jest jako „kultowy”. W końcu możemy przeczytać go w całości po polsku, chwalmy Pana!

Fabuła wygląda następująco: władca wszystkich Technarch, Magus, pozazdrościł Tanosowi Rękawicy Nieskończoności i postanowił na nowo zebrać wszystkie klejnoty, które dałyby mu niewiarygodną moc. Oczywiście drużyna Avengers wraz z zaprzyjaźnionymi trykociarzy nie pozostaje na te wydarzenie obojętna i szybko wkracza do akcji. Magus nasyła więc na nich złowrogich sobowtórów superbohaterów, którzy mają ich zgładzić. W tym samym czasie Adam Warlock zawiązuje zaskakujący sojusz z Thanosem mający na celu uratowanie wszechświata przed zagładą.

Jak to bywa przy tego typu opowieściach, akcja jest rozbuchana do granic możliwości. Pomimo tego każdy z bohaterów dostał tu swoje pięć minut. I to sensowne pięć minut. Znajdzie się tu miejsce nawet dla Wolverina, Black Cat czy Fantastycznej Czwórki. Magus jako zły charakter jest gadatliwym, zapatrzonym w siebie i nieustannie opowiadającym o swoich umiejętnościach manipulacji dupkiem, któremu naprawdę życzymy jak najgorszego końca. Jego potyczki z herosami Marvela przedstawione są w interesujący sposób. Odpowiednio rozłożone napięcie i zwroty akcji sprawiają, że komiks wciąga. Co prawda dialogi oraz rysunki trącą nieco myszką, ale nie przeszkadzają w całościowym odbiorze lektury. Zwłaszcza że koniec historii jest naprawdę zaskakujący. Co tu dużo gadać, nie możesz nazywać się fanem Marvela, jeśli nie przeczytasz tego komiksu.

tekst: archer