Widzieliśmy Annę Calvi w Basenie

Anna Calvi to chyba jedna z tych artystek, której koncert w Polsce można bookować właściwie w ciemno. Tłumy, które dosłownie zalały Basen robiły wrażenie (tym bardziej, że z niewiadomych przyczyn zamknięto balkony i tłok chwilami był aż niekomfortowy).

Rzadko się w końcu zdarza by wykonawca, który gra w naszym kraju mini trasę wyprzedawał właściwie wszystkie eventy. Naród zachwycony, a my z kolei mamy ciężki orzech do zgryzienia. Urocza Brytyjka i jej zespół zagrali perfekcyjnie. Numery z obu płyt brzmiały tak doskonale, że właściwie można by pokusić się o wykorzystanie ich jako bonusów na kolejnym singlu czy reedycji. Było rockowo, hipnotycznie i całkiem seksownie. Zgadzało się nawet, tak często ignorowane przez największych profesjonalistów, operowanie dynamiką, które już przy pierwszym numerze przycięte było wręcz z chirurgiczna precyzją. Jednym słowem doskonałość.

Z drugiej jednak strony brakowało w tym wszystkim czegoś totalnie poniewierającego co sprawiłoby, że do domu wrócilibyśmy z jednym wielkim WOW. Ciężko wytłumaczyć o co chodzi bo Ania i jej ekipa to bardzo sympatyczne, choć wycofane, stworzenia. Stworzenia te jednak mają chyba dość mocno spiłowane kły bo za cholerę nie były w stanie podciągnąć poziomu z niezłych płyt choćby o szczebel. Zamiast gitarowego misterium w stylu nadwyrężanej w info prasowym PJ Harvey wyszedł zatem po prostu solidny koncert. Czasem głośny, czasem przebojowy, ale taki, o którym niestety dość szybko się zapomina.

Dodaj komentarz