„Warcraft: Początek” – Będę grał w grę

„Warcraft: Początek”
reż. Duncan Jones

Kinu z grami komputerowymi raczej nie po drodze. Był już legendarny „Książę Persji”, był „Mortal Kombat”, był „Max Payne”. Klapa, klapa i jeszcze raz klapa. Przyszedł czas na odgrzebanie kolejnej legendy – „Warcrafta”. Pozycji, dzięki której kilka lat temu niejeden właściciel kafejki internetowej postawił sobie dom bądź kupił dobry samochód. Nie znać świata przedstawionego wykreowanego w serii gier przez firmę Blizzard zwyczajnie w pewnych kręgach nie wypadało. A o tym, jak globalne i wciąż aktualne to zjawisko, niech świadczy fakt, że w Chinach w dniu premiery film Duncana Jonesa zarobił blisko 45 milionów dolarów. Tyle tylko, że pieniądze zapisane po stronie zysków to jedna z niewielu rzeczy, która będzie się tu zgadzać.

„Warcraft: Początek” to woda na młyn dla tych, którzy twierdzą, że w kinie wszystko już było. Bo na dobrą sprawę sporo tu Tolkiena, trochę „Harry’ego Pottera”, „Avatara”, a załapał się nawet mocno przykurzony „Willow”. Tak mało oryginalnego filmu fantasy, mówiąc szczerze, dawno nie widziałem. I wcale nie jestem przekonany, czy to kwestia gry, której sam przed laty poświęcałem kolejne godziny.

Wygląda na to, że reżyser nie miał jakiegoś klarownego pomysłu i wyszedł z założenia, że jakoś to będzie.

Akcja „Warcrafta” rozgrywa się pomiędzy dwoma fikcyjnymi światami – Azeroth i Draenor. W jednym z nich prym wiodą ludzie, w drugim – orki, czyli góra mięśni i mały móżdżek. Krwawy konflikt jest nieunikniony, ale jak przystało na tego typu produkcje, twórcy znaleźli też miejsce na odrobinę humoru, wartości rodzinne i międzyrasowe amory. Te obyczajowe wtręty dałoby się jeszcze przeboleć, gdyby nie szczegóły, które niestety zapadają w pamięć. Jak chociażby sztuczna szczęka jednej z bohaterek (w tej nieszczęsnej roli Paula Patton), przypominająca o owianej legendą kreacji Keiry Knightley w „Niebezpiecznej metodzie” Davida Cronenberga.

Budżet filmowego „Warcrafta” był kolosalny (ponad 160 milionów dolarów). I co prawda są tu sekwencje, w których naprawdę to widać, ale jest też mnóstwo niezrozumiałych niedoróbek. Potęguje je wrażenie chaosu – momentami następstwo scen wydaje się zupełnie od czapy. Nie zmienia to jednak faktu, że film Jonesa utrzymany jest w dobrym tempie, przez co ogląda się go całkiem dobrze. Ale gdybym miał wybierać, to chyba jednak „będę grał w grę”.

obsada: Travis Fimmel, Paula Patton, Ben Foster, Dominic Cooper
USA 2016, 123 min
UIP, 10 czerwca