„W imię”, czyli zmęczony maratończyk

#KsiądzAdam lubi biegać – leśnymi duktami, za piłką, a także, jak wieść niesie, za chłopakami. Czasem też, jak to facet, po wódkę, smażyć cebulę lub do łazienki, gdzie w wannie z zimną wodą grzeszy ręką i myślą – wszystko oczywiście po to, by uciec przed samym sobą. Wykurzony z odległej #parafii, na mazurskim odludziu zaczyna opiekować się wyrostkami z poprawczaka. Trzyma się dzielnie – na kolanie nie sadza, z młodzieżą ma układy kumpelskie, radę da i piwa się napić. Idylla kończy się, gdy do grupy podopiecznych dołączy #Adrian, który roztaczając niezdrową atmosferę, od razu prześwietli duchownego i zacznie bawić się jego tajemnicą.

#MałgorzataSzumowska już raz dotarła na prowincję – w 2006 r. w świetnym dokumencie „A czego tu się bać?” wsłuchała się w historie prostych ludzi, opowiadających o swoich wyobrażeniach o śmierci, w których lęki przeplatały się z baśniowością. #WImię – najgłośniejszy polski film roku – w pewnym sensie też jest taką fantazją, tyle że mieszczuchów o wiejskim życiu, sprawnie sklejoną ze stereotypów i przefiltrowaną przez manierę odpowiedzialnego za zdjęcia Michała Englerta. Operator gubi #realizm w sielskich pejzażach, spowija zadumane postaci nastrojowym półmrokiem, by w końcu wytropić nośną metaforę w rozdeptanym ślimaczku – opowieść o homoseksualnych pragnieniach w Polsce wciąż nie może się obronić bez artystycznego stempla.

#Reżyserka, tak jak uciekający przed sobą #Adam, wydaje się bać głównego tematu – mnoży niepotrzebne wątki i zawierzając wrażliwości Englerta, odracza moment ujawnienia uczuć. Dlatego też gdy do niego dochodzi, na ekranie nie widać księdza mierzącego się ze swoimi emocjami, lecz przebranego Andrzeja Chyrę, trzymającego za rękę Mateusza Kościukiewicza. Nie pomagają tu również aktorzy, którzy bardzo poważnie podchodzą do swojej męskości, nie pozwalając sobie nawet na cień przegięcia czy zabawę wizerunkiem. #Szumowska znacznie lepiej sprawdza się jako ironistka niż poetka – potwierdza to w finale, który sugeruje, że zamiast psychologicznej sztampy mogło powstać kino odważne, demaskatorskie, na miarę „Sióstr Magdalenek” Petera Mullana czy „Księdza” Antonii Bird.

Dodaj komentarz

-->