„Unbreakable Kimmy Schmidt” nie jest nowym „30 Rock”, ale jest bliżej niż jakikolwiek inny serial

„30 Rock” jest jednym z najbardziej bystrych seriali jakie powstały w ostatnich latach. Genialna Tina Fey zebrała grupę najzabawniejszych scenarzystów w Stanach i stworzyłą niezapomnianą historię panny Lemon. Świetny casting, irracjonalne żarty, wszystko to przełożyło się na to, że „30 Rock” stał się dla wielu fanów wyznacznikiem tego czym powinna być komedia w dzisiejszych czasach. Od ostatniego odcinka zatytułowanego „Last Lunch” minęły już dwa lata i na szczęście Tina Fey nie marnowała tego czasu.

„Unbreakable Kimmy Schmidt” to dziecko Fey w każdym tego słowa znaczeniu. Muzyka, kolorystyka, dialogi – wszystko idealnie pokazuje co Tinę śmieszy.

Kimmy Schmidt gdy była nastolatką padła ofiarą sekty, która zamknęła ją na 15 lat w schronie przekonując, że świat się skończył. Gdy po półtorej dekady „psychiczna-świnia FBI” odkrywa w końcu gdzie Schmidt i 3 inne kobiety porwane przez sektę się znajdują, Kimmy postanawia nadrobić stracony czas w Nowym Jorku. Jak zwykle w historiach Fey miasto odgrywa ważną rolę rzucając nam w twarz zgraję freaków – takich miłych i takich groźnych. Kimmy szybko znajduje zatrudnienie jako opiekunka u elity Nowego Jorku i zamieszkuje z 30-kilkuletnim gejem, który marzy o tym, aby zostać gwiazdą Broadwayu.

Pierwszy odcinek nie zachwyca, ale dając szansę serialowi dostajemy to do czego przyzwyczailiśmy się w „30 Rock”. Wszystko jest kolorowe i szalone, nigdy nie wiadomo co zaraz się wydarzy w życiu bohaterki i jej przyjaciół zwłaszcza, że każdy kto z nią przebywa jest na swój sposób dziwny. Jej pracodawczyni uważa że 12 milionów dolarów to pieniądze na fistaszki (w tej roli Jane Krakowski). Kobieta, która wynajmuje jej mieszkanie raczej na pewno zamordowała swojego męża. A jej chłopak kupuje jej delfina.

Do formy „30 Rock” „Unbreakable Kimmy Schmidt” jeszcze daleko. Jednak pierwszy sezon to jedynie 13 epizodów, a mając świadomość na jak wielką wolność w tworzeniu mogą liczyć ludzie współpracujący z Netflixem możemy spodziewać się, że czeka nas coś wspaniałego. Oczywiście musimy trzymać kciuki, aby „Kimmy” zyskała własny głos i nie stała się tylko serialem porównywanym do poprzednika. Mam nadzieję, że po obejrzeniu drugiego sezonu (premiera za rok) napiszę recenzję i nie będę w niej co chwila powtarzał nazwy pierwszego hitu Tiny.

Dodaj komentarz