Ufać otwartym drzwiom

Anthony Dod Mantle – autor zdjęć do m.in. „Antychrysta” i „Dogville” Larsa von Triera, „Snowdena” Olivera Stone’a czy „Slumdogda” Danny’ego Boyle’a. Przy okazji festiwalu Camerimage opowiada nam o pracy i o jednej z największych premier filmowych 2017 r. – „T2:Trainspotting”, do której zrealizował zdjęcia.

Co w relacji reżyser – operator jest najważniejsze?

Szacunek. Kiedy reżyser ma szacunek do zespołu, dostajesz zaufanie i przestrzeń do bycia kreatywnym. Kręcenie filmów to nie tylko technologia – to dzięki osobowościom ludzi, którzy nad nimi pracują, filmy stają się wielkie. Dużo osób myśli, że praca operatora jest pracą tylko techniczną, a to nieprawda – opiera się przede wszystkim na osobowości i wyobraźni. 

Nie boli cię, że ludzie czasem zapominają o tym, jak ważna w filmie jest twoja rola? Zwykle chwali się przede wszystkim reżyserów i aktorów. 

Jeśli zastanawiasz się nad tym i jeśli cię to smuci, to znaczy, że tak naprawdę nie chcesz być operatorem.

Można nauczyć się twojego zawodu czy trzeba się z nim urodzić?

Nie urodziłem się autorem zdjęć, ale od najmłodszych lat przyglądałem się obrazom. Moja rodzina to artyści, mama jest malarką, więc domyślam się, że pewną wrażliwość wyniosłem z domu. Próbowałem zostać fotografem, ale to praca indywidualna, do której chyba nie jestem stworzony. Potem poznałem branżę filmową i pokochałem to, że filmy realizuje się w grupie – dzięki temu pracujesz z różnymi ludźmi i różnymi osobowościami, na których możesz polegać. 

Oglądasz inne filmy przez pryzmat swojego zawodu, czy potrafisz o nim zapomnieć? 

Kiedy oglądam czyjś film, nie analizuję zdjęć. Jeśli fabuła mnie poniesie i mogę identyfikować się z bohaterami, to zdjęcia przestają mieć dla mnie znaczenie.

Każdy pamięta z pierwszej części „Trainspotting” słynny monolog. „Wybrać życie. Wybrać pracę. Wybrać karierę. Wybrać rodzinę…”. W zwiastunie drugiej części pojawia się następca. „Wybrać Facebooka. Wybrać Instagrama. Wybrać Twittera i mieć nadzieję, że kogokolwiek, gdziekolwiek to obchodzi” to pokazuje…”

…jak bardzo wszystko się zmieniło! Dokładnie o to w tym chodzi.

Odczuwasz podobną zmianę w swoim życiu? Angażujesz się w media społecznościowe?

Właśnie nie. Dla mnie zderzenie z Facebookiem, czy dzielenie się życiem na Twitterze jest bez sensu. Może nie potrafię tego robić. Już dawno temu doszedłem do wniosku, że za dużo dzieje się w moim prawdziwym życiu, żeby mieć czas na życie wirtualne. 

Pamiętasz co czułeś, kiedy pierwszy raz przeczytałeś scenariusz „T2:Trainspotting”?

Samo przeczytanie scenariusza było ekscytujące, ale najlepszy był moment rozpoczęcia zdjęć i pierwsze chwile z aktorami. Znałem ich z innych projektów, ale i tak nie miałem pewności, czy ten film może się udać i czy uda się wrócić do czasów sprzed dwudziestu lat. Kiedy zobaczyłem tych czterech gości przed kamerą – to, jak się ruszają, ich mowę ciała i chemię, jaka jest między nimi – wtedy uświadomiłem sobie, że jest dobrze.

Pierwsza część „Trainspotting” była dla ciebie ważna?

Prawda jest taka, że długo nie widziałem tego filmu. Obejrzałem go dopiero, kiedy poznałem reżysera, Danny’ego Boyle’a.

Powiedziałeś kiedyś, że Danny Boyle jest reżyserem, który tworzy muzyką. Soundtrack z pierwszej części „Trainspotting” jest tak samo kultowy jak sam film.

Muzyka jest dla Danny’ego bardzo ważna. Kocha muzykę, jest chyba najbardziej muzykalnym człowiekiem jakiego znam. Z muzyką podróżuje, z muzyką obserwuje, śpiewa, cały czas coś nuci. Ma sześćdziesiąt lat, tyle co ja, ale potrafi słuchać tego, czego słuchają dzisiaj czternastolatkowie. Zawsze wie, co jest na topie i na co zwrócić uwagę. Myślę, że będzie to widać w filmie. Ostatni film, jaki zrobił – „Steve Jobs” – nie podobał mi się jakoś szczególnie, ale bardzo doceniłem w nim muzykę.

Czy presja tego, że to kontynuacja kultowego filmu była duża?

To bardzo trudne zadanie dla reżysera, szczególnie jeśli robisz drugą część po tak długiej przerwie i po tak wielkim sukcesie, jaki odniosła pierwsza część. Wiem, że Danny musi się z tym mierzyć, dla mnie to też nie jest łatwe. Każdy z nas teraz mocno się stresuje…

…bo ludzie zaczną porównywać?

Niech porównują! Samo porównywanie może być dobre, ale jeśli będą oglądać i szukać kostiumów i miejsc, które już widzieli, to jest bez sensu. Ten film nie jest robiony dla zaspokojenia fanów i dla porównań.

Co jest w nim nowe, a co przypomina pierwszą część?

To, co jest podobne w obu filmach to motyw borykania się z życiem i ciągłymi wyborami. Oba są pełne wspaniałej muzyki i w obu usłyszymy ten specyficzny akcent, którym posługują się aktorzy. „T2” bardziej niż poprzednik skupia się na emocjach bohaterów. Nie można jednak powiedzieć, że to ich dojrzałość albo dorosłość. Może po prostu to, co nowe, to fakt, że są o dwadzieścia lat starsi? Ale jednocześnie o dwadzieścia lat mniej dojrzali.

W „T2” nie pojawia się temat dorastania i większej odpowiedzialności?

Wolałbym, żeby widzowie się na to nie nastawiali, bo fabuła skupia się na czym innym. Przez dwadzieścia pięć lat borykasz się z różnymi problemami, a w końcu wybierasz życie – to od samego początku najważniejsze przesłanie „Trainspotting”. To, co najlepsze w tym filmie, to fakt, że możesz identyfikować się z każdym z bohaterów. Sam pochodzę z klasy średniej, też mam pokręcony charakter i w każdym z bohaterów widzę część siebie – czy to w pełnym agresji facecie zniszczonym przez nałogi, bo tak samo jak ja musi radzić sobie z codziennymi problemami, czy tym, który nie wie, czy jest wystarczająco dobrym ojcem. Nie musisz mieć problemu z narkotykami i zabijać swoich dzieci żeby doszukać się wielu podobieństw do siebie samego.

Jest w tym filmie coś typowego dla Szkocji, czy ta historia mogłaby wydarzyć się w każdym kraju?

Mogłaby mieć miejsce obojętnie gdzie – sam reżyser nie jest przecież Szkotem, a doskonale rozumie tę historię. Wyróżniają się jednak w niej typowe dla Szkotów aspekty – poczucie humoru i język, które mocno wpisują się w brytyjsko-szkocki wydźwięk filmu.

Czy Irvin Welsch – autor książki, na której oparty jest film – miał wpływ na kształt filmu?

Kilka razy przyjechał na plan, gra nawet w jednej scenie. Jest przezabawnym człowiekiem, ale jest też bardzo dziwny. Lubi być zaangażowany. Obserwował reżysera, ale nie wpływał na jego decyzje. To Danny miał zawsze decydujące zdanie.

Najczęstsze określenie „T2:Trainspotting” to „czarna komedia”. Jak ty opiszesz film?

Druga część jest bardziej emocjonalna. Nadal jest komedią, bo jeśli coś ma w sobie uczucia, to nie znaczy, że nie może bawić. Jeden z najbardziej emocjonalnych i najśmieszniejszych filmów, jakie w życiu zrobiłem to „Festen”, a to kompletnie nie jest komedia.

Zdajesz sobie sprawę, że bardzo dużo osób czeka na „T2: Trainspotting”?

Tak, to w pewien sposób przerażające. Dotarło to do mnie, kiedy pierwszego dnia w Edynburgu spotkałem Irvina, Danny’ego i setki innych osób zaangażowanych w film. Wtedy zacząłem rozumieć, że będę częścią historii, która dla wielu ludzi jest niesamowicie ważna. 

Rok temu byłam na festiwalu filmowym w Edynburgu, gdzie „Trainspotting” był wyświetlany w plenerze i codziennie był na nim komplet publiczności. Ten film to ikona. Wiesz już, co powiesz ludziom, którym druga część nie przypadnie do gustu

Wiele osób będzie wiedziało, czego oczekuje i uzna film za dobry, wiele osób będzie oczekiwało zbyt wiele i będą zawiedzeni. Nie da się uszczęśliwić wszystkich. Nawet nie przechodzi mi przez myśl, że wszyscy mogliby być zadowoleni.

Gdybyś mógł spotkać siebie w wieku dwudziestu lat, jakiej udzieliłbyś sobie rady?

Kiedy ja miałem dwadzieścia lat nie przyszłoby mi do głowy, żeby kogokolwiek słuchać. I to był jeden z moich większych problemów. Widziałem wokół siebie ludzi, którzy podążali prostą drogą, zakładali rodziny, mieli domy, a ja nadal pracowałem w nocnym klubie, sprzedawałem lody i rozwoziłem pizzę.  Przez prawie dziesięć lat miałem gównianą pracę, byłem nieszczęśliwy i samotny.. Później zrozumiałem, że nie jestem supermanem i zaczęło do mnie docierać, że nie zostanę bogaczem. Gdybym spotkał siebie w wieku 25 lat, zmusiłbym siebie do ufania otwartym drzwiom. Trzeba w nie wchodzić. Każdy sam musi wybrać swoje życie.

Rozmawiała: Justyna Czarna