Tyler, The Creator „IGOR” – recenzja

Gdy 12 lat temu Tyler, The Creator rapował o podcinaniu sobie żył i mordowaniu Bruno Marsa, pewnie mało kto się spodziewał, że ten dziwny nastolatek dorośnie do miana poważnego muzyka, a jego płyta będzie jednym z najlepszych albumów o miłości ostatniej dekady. „IGOR” został napisany, wyprodukowany i zaaranżowany przez samego Tylera od początku do końca i chociaż jego muzyka zawsze była szczera, to fakt przejęcia kompletnej kontroli nad swoim projektem pozwolił mu wejść na wyższy poziom. Na swojej szóstej w karierze płycie Tyler jeszcze bardziej odszedł od hip-hopu niż przy „Flower Boy”, tworząc coś więcej niż rap album. Czerpiąc pełnymi garściami z soulu, ale na własnych zasadach, Tyler był w stanie stworzyć niepowtarzalny brzmieniowy klimat. Są tutaj świadome igranie z miksem i częsta rezygnacja z klasycznym struktur utworów muzycznych.

Tyler chętnie eksperymentuje ze swoim głosem, korzystając z niego jak z instrumentu, czasami śpiewając spiczowanym wokalem, a czasami niemalże metodycznie rapując. Podobnie zresztą można ocenić jego współpracę z gośćmi, którzy pojawiają się w każdym utworze, ale próżno ich szukać na trackliście, jakby Tyler chciał pokazać, że nawet gdy korzysta z czyjegoś głosu, nadal jest to jego projekt, który stworzył od początku do końca. Gdy płyta trafiła do fanów, napisał na swoim Twitterze, aby słuchacze skupili się podczas odsłuchu na samej muzyce, bez sprawdzania telefonu, przeglądania internetu i robienia fotek na Instagrama. I był to dobry tip. Bo od „Good Kid, M.A.A.D. City” nie było tak dobrze napisanego koncepcyjnego albumu. Nawet jeśli gdzieś są na świecie fani starego Tylera, to muszą z uśmiechem przyznać, że ładnie nam ten chłopiec wyrósł.

Tekst: Kacper Peresada