„Tully”, czyli nocna niania ratuje świat – recenzja

Tytułowa Tully (Mackenzie Davis) jest nocną nianią. W filmie pełni wartę przy dziecku Marlo (Charlize Theron) i Craiga (Mark Duplass). Przemęczeni rodzice wreszcie mogą się wyspać, ale obecność opiekunki odbija się na ich życiu bardziej, niż mogliby przypuszczać.

W Polsce wykonywany przez Tully zawód nie jest zbyt popularny, ale w Stanach staje się coraz bardziej powszechny. Z tego typu pomocy korzystała właśnie mieszkająca w Los Angeles scenarzystka filmu, Diablo Cody (nagrodzona Oscarem za „Juno”), która następnie swoje doświadczenia przelała do scenariusza.

Dobrze widoczne w filmie nawiązania i inspiracje Cody, reżyser Jason Reitman przełamał dodatkowo momentami ekranowej magii. Taka taktyka ma zwrócić uwagę widza na trudy macierzyństwa; uwypuklić jego blaski i – często przemilczane – cienie. Twórca „W chmurach” podkreślił to za pomocą montażu: po ubrudzonych pieluchach pojawiają się ciasteczka z tęczową polewą, po doświadczonym porodem zmęczonym ciele oglądamy witalne piersi karmiące szkraba, a rażoną migreną Marlo chwilę później widzimy w stanie błogiego poczucia radości i bezpieczeństwa, gdy dziecko śpi wtulone w ramię.

Gdyby w głównej roli wystąpiła mniej doświadczona aktorka, można by odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z bohaterką popadającą w schizofrenię. Theron wypada jednak bardzo przekonująco, nagle przechodząc z radości w bezsilność, z ożywienia w posępne zmęczenie, a z euforii w depresję. Mniej zniuansowana jest za to postać męża (w tej roli Mark Duplass), choć ma ona też inną rolę, wprowadzając do filmu sporo humoru. Całościowo „Tully” udowadnia natomiast, że duet Reitman-Cody ma potencjał i nadal świetnie radzi sobie z filmową materią.

Tekst: Artur Zaborski

„Tully”
reż. Jason Reitman

Dodaj komentarz