Tornado Wallace – Lonely Planet

W ostatnich latach wytwórnia „Running Back” wydawała muzykę od solidnych artystów sceny elektronicznej, takich jak Move D, Suzanne Kraft, Genius of Time czy Theo Parrish. Wiosną ubiegłego roku za sprawą tego labelu na świat przyszedł „Rojus (Designed To Dance)” brytyjskiego producenta Leona Vynehalla, przez wielu uważany za najlepszą elektroniczną płytę roku. Po kilkunastu miesiącach label prezentuje „Lonely Planet” – pierwszy długogrający album obiecującego Australijczyka, który nagrywa pod pseudonimem Tornado Wallace.

Wspominam o „Rojus” ze względu na podobieństwa, które łączą go z „Lonely Planet”. Tytułowy utwór, który otwiera płytę, to rzecz wyciągnięta żywcem z Vynehalla. Ćwierkające ptaki, plemienne, wyraziste bębny oraz wszechobecne grzechotki i inne przeszkadzajki. Odprężające, doskonałe intro. O ile jednak Vynehall poszedł w skrajną taneczność, to Wallace skupił się na nostalgii i retromanii. Ujawnił swoje zamiłowanie do lat 80. i czasu, kiedy swoją świetność przeżywały mariaże rozleniwionej elektroniki z new-age’owymi gitarami. „Lonely Planet” to kolejna w ostatnim czasie rzecz (po znakomitym „Baltic Beat” Bartosza Kruczyńskiego), w której słychać wpływ Tangerine Dream czy Mike’a Oldfielda. Wallace lubuje się w balearycznym klimacie, który koi nerwy. Puszczasz sobie taką płytkę i momentalnie zapominasz o problemach tego niewdzięcznego świata. Lądujesz na plaży, gdzie gorący piasek grzeje cię w plecy, a promienie słońca nie dają otworzyć oczu. 

Świetnie dobrany duet usłyszymy w „Today”, na którym wokalnie udziela się krajanka Tornado – Sui Zhen. Nutka oldskulowego sophisti-popu, bujająca perkusja i uwodzicielski głos dają razem świetny efekt. Wallace nie boi się eksperymentów i to wyraźnie słychać w praktycznie każdej jego kompozycji. W pewnych fragmentach można odczuć klimat paryskiego labelu „Antinote”, który lubuje się w leniwej odsłonie house’u, często doprawionego melorecytacją. Utwór „Warp Odyssey” jest sprytnym puszczeniem oczka do słynnej brytyjskiej wytwórni. Mocna stopa, na której delikatnie okręcają się psychodeliczne, przestrzenne pasma à la Matt Cutler. W najbardziej rozbudowanej kompozycji na „Lonely Planet”, kawałku „Voices”, muzyk zabiera nas do antycznych Chin za pomocą syntezatorów, rolandowych klawiszy i acidowego ducha. „Kingdom Animalia” to znowu wypad w sam środek dżungli i w rytmy kojarzące się z „Circadią”, poprzednią EP-ką producenta. Album kończy sypialniany „Healing Feeling”, którego nie powstydziliby się twórcy wstydliwej opery mydlanej.

Wytwórnia „Running Back” zapodała wysokiej jakości krążek, który zespala ubiegłoroczne „Rojus” i „Vibe Telemetry” (od Telephones), lądując gdzieś pomiędzy stylistyką obu płyt. Tornado Wallace opuszcza imprezowo-house’ową ścieżkę i przechodzi na nostalgiczną stronę mocy. „Lonely Planet” to zaledwie siedem utworów, które otulają swoim ciepłem i nie porywają do tanecznych wygibasów.