„Toni Erdmann” reż. Maren Ade – beczka śmiechu

W tych ponurych czasach regularne zapewnianie sobie odpowiedniej dawki humoru jest niezbędne, by nie oszaleć. Znakomitą i skuteczną odtrutką na wszystko, co złe wokół, jest komediodramat niemieckiej reżyserki Maren Ade. Serwowana przez nią terapia śmiechem jest jednak przewrotna – dwójka głównych bohaterów to ludzie nienależący do najszczęśliwszych, w tle eksponowane są takie wątki, jak rozwarstwienie społeczne czy wyzysk biedniejszych państw przez korporacje i mocarstwa, a happy endu też próżno tu szukać – słowem, to komedia na miarę naszej współczesności. Najważniejsza jest tu relacja ojca i córki, reprezentujących radykalnie odmienne postawy życiowe – w ich przypadku daleko padło jabłko od jabłoni.

On, Winfred, to dość już zaawansowany wiekiem, rozwiedziony nauczyciel muzyki, którego najbardziej wyróżniającą cechą jest kompulsywna skłonność do zgrywy. Na przekór konwenansom oraz powinnościom związanym z funkcją społeczną i wiekiem nie zawaha się założyć najbardziej dziwacznego stroju, a jego ulubionym gadżetem są karykaturalnie duże sztuczne zęby. Jego córka, Ines, to na pozór kobieta sukcesu pracująca na wysokim stanowisku w międzynarodowej korporacji, a w rzeczywistości osoba zagubiona, samotna, przytłoczona obowiązkami, uwikłana beznadziejnie w tryby wielkich i niemoralnych rozgrywek polityczno-biznesowych. Ojciec postanawia uratować z ją opresji i niespodziewanie odwiedza córkę w Bukareszcie, gdzie została wysłana przez swoją firmę w celu dopilnowania szemranych interesów.

Winfred z pomocą peruki i eleganckiej marynarki wciela się w postać tajemniczego Toniego Erdmanna – coacha, milionera, Don Juana. Podąża jak cień za Ines i błaznując, rozładowuje napiętą atmosferę bankietów i spotkań na wysokim szczeblu. Córka, początkowo zrozpaczona interwencjami ojca, z czasem zaczyna rozumieć, że w tym szaleństwie jest metoda. Staje się jego partnerką w kolejnych wygłupach, by pod koniec dosłownie i w przenośni zrzucić korporacyjny uniform. Ten film nie powinien się udać. Oparty na prostym pomyśle, rozciągnięty do prawie trzech godzin, złożony z serii powtarzających się i dość przewidywalnych gagów „Toni Erdmann” nie wiedzieć czemu przykuwa do ekranu i wywołuje na widowni zbiorowe salwy śmiechu. Mamy tu humor rubaszny i kabaretowy, który równoważą bardziej abstrakcyjne i wyrafinowane żarty.

Na odbiór filmu ogromny wpływ mają również przekonujące kreacje głównych bohaterów – w tym oceanie błazenady wyczuwamy tlący się w głębi tragizm ich położenia. Śmiech przynosi im zapomnienie, ale tylko odciąga problemy na bok i nie daje żadnych recept na szczęście. „Toni Erdmann” to dowód, że ryzyko się opłaca. Reżyserka nie poszła na kompromisy, nie pozwoliła na żadne skróty, wcieliła w pełni swoją wizję. Deszcz nagród w najważniejszych kategoriach na rozdaniu europejskich Oscarów i nominacja do tego prawdziwego Oscara to formalne potwierdzenie wielkości tego filmu. Europejska i Amerykańska Akademia Filmowa oraz tłumy śmiejących się widzów nie mogą się mylić.


„Toni Erdmann”

reż. Maren Ade

Obsada: Sandra Hüller, Peter Simonischek, Thomas Loibl

Austria, Niemcy, 162 min

Gutek Film, 27 stycznia