The Maccabees – Marks to Prove It

Czyli demokracja nie zawsze popłaca

Ten londyński kwintet zawsze był raczej obietnicą niż jej spełnieniem. Grają od dziesięciu lat, ich oficjalny debiut pojawił się na rynku, gdy nowa rockowa rewolucja właśnie wydawała agonalne tchnienie, co wtedy budziło obawy o sens istnienia kolejnej gitarowej kapeli. The Maccabees postawili jednak nie na refreny i melodie (upraszczając), lecz na przestrzeń i emocje (upraszczając), dzięki czemu nie skreśliłem ich, ale cierpliwie czekałem na rozkwit sił twórczych. Wydawało się, że za sprawą „Given to the Wild”, płyty wydanej przed trzema laty, wreszcie umościli się wygodnie na najwyższej z półek. Ale zaraz potem grupę zaczął trawić wewnętrzny kryzys – panowie mieli bowiem dość hegemonii kompozytorskiej wokalisty i gitarzysty Orlando Weeksa. Remedium na zaistniałą sytuację miało być wprowadzenie demokracji jako zasady naczelnej: nad kompozycjami pracują wszyscy muzycy, i to pracują tak długo, aż dojdą do czegoś na kształt kompromisu.

Konsekwencje: „Marks to Prove It” powstawała prawie trzy lata, a w każdym wywiadzie panowie – choć uśmiechnięci – potwierdzają, że przygotowywanie materiału było raczej ciężką orką niż wizytą w SPA. A co, zgodnie z tytułem, udowadnia cały krążek? A no to, że poszukiwanie grupowej tożsamości może kończyć się jej rozproszeniem. Nie zrozumcie mnie źle, to jest bardzo efektowny materiał, który świetnie sprawdza się na letnich festiwalach (wczoraj The Maccabees wystąpili na krakowskim Live Festival). Mimo to sprawia wrażenie złożonej w całości z wprawek próby wykształcenia wyrazistego, wspólnego stylu. Paradoksalnie panowie wypadają najlepiej, gdy przebierają się za innych – „Spit It Out” to przecież Arcade Fire z wysokości „Funeral”, „Dawn Chorus” brzmi niemal jak The National, którym ktoś odcina powoli prąd, a „River Song” to kowbojskie zabawy spod znaku The Raconteurs.

Z drugiej strony, choć wyrazistość nie jest najmocniejszą stroną tej płyty, to obok takich perełek jak „Something Like Happiness” (ciary!) trudno przejść obojętnie. Czekam więc nadal, bo coś jednak tam się tli, a brytyjscy słuchacze dali im duży kredyt zaufania, windując krążek na pierwsze miejsce sprzedażowej listy.

The Maccabees
„Marks to Prove It”

Zobacz także:

Hemlock Ernst & Madlib – Trouble Knows Me

Co to za pomysł, żeby gość, który na co dzień mruczy w synthopopowej kapelce, nawijał na bitach Madliba? – pomyślałem na wieść o EP-ce „Trouble Knows Me”… Czytaj więcej>>

Jesień z serialami. Nowe amerykańskie produkcje, które warto mieć na oku

Wśród zapowiedzi amerykańskich stacji telewizyjnych jest kilkadziesiąt premierowych tytułów. Wiele z nich zniknie po pierwszym sezonie, sporo jest też typowych formatów o dzielnych policjantach, lekarzach i innych przedstawicielach służb, dzięki którym cała Ameryka może rano spokojnie zjeść płatki. Czytaj więcej>>

Statek namiętności vs. Witchcraft – czytamy komiksy porno

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te dwa komiksy przekartkować dla czerpania przyjemności z oglądania przedstawień seksu. To przecież dobre pornole i w tej podstawowej funkcji też się sprawdzają. Czytaj więcej>>

Dodaj komentarz