The Dumplings – Nie robimy piętnastu klubów w ciągu jednej nocy

Jesienią 2013 r. opublikowali kilka utworów w internecie, aby już parę miesięcy później szturmem wziąć polską scenę muzyczną. Fryderyk za najlepszy debiut, dwie złote płyty, kontrakt z dużą wytwórnią, występy na największych festiwalach w kraju i sporo wyjazdów zagranicznych – Justyna Święs i Kuba Karaś doskonale wykorzystali swoją szansę. The Dumplings nie zwalniają tempa. Produkują muzykę dla innych wykonawców (Marcelina), udzielają się gościnnie (Ten Typ Mes, Albo Inaczej), a oprócz tego wydają swój trzeci album pt. „Raj”. Zaczynali jako niezależna sensacja internetu, obecnie tworzą brzmienie, które wyznacza trendy w mainstreamie. W rozmowie z nami opowiadają o swojej relacji, życiowym spokoju, sławie oraz o nowym albumie, który ukazał się pod koniec września.

Rozmawiał: Bartek Strowski

 

 

Wracacie po trzech latach przerwy z krótkim albumem, w czasach, kiedy artyści często ulegają presji publikowania długich płyt, aby karmić serwisy streamingowe i nakręcać tym samym lepsze wyniki.

Kuba Karaś: To jest trochę paradoks, bo żyjemy w czasach playlist. Ludzie nie słuchają albumów od początku do końca. Nie zamierzaliśmy wydać krótkiej płyty, ale stwierdziliśmy, że mamy transowe utwory, w których dużo się dzieje, więc lepiej skoncentrować się na dopieszczeniu tych ośmiu piosenek. Przez 45 minut lub więcej mogłoby to być nużące, a obecnie docierają do nas opinie, że ludzie słuchają płyty od początku do końca. To jest nasz sukces. Klimat albumu jest taki jak ostatnie trzy lata naszego życia: dużo się dzieje. To smutna płyta, na której czuć zmiany, jakie zachodziły w naszych światach prywatnych i zawodowych.

Justyna Święs: Nie chcieliśmy robić nic na siłę. Nie jesteśmy powierzchowni, ale działamy pod wpływem emocji. Dlatego na płycie nie ma zapychaczy.

Zapychaczem nie jest na pewno ostatni numer na płycie – „Tam, gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi”. Słuchacz doświadcza zderzenia uptempo beatu z egzystencjalnym pytaniem w tekście o „świat, gdzie głowa spokojna”. Czy macie swój raj, gdzie wszystkie troski znikają?

J.Ś.: Tak. Są to miejsca, w których tworzymy. Ten album powstawał m.in. na wsi u mojej ciotki, u mamy Kuby. Jednak ten spokój, o którym śpiewam, to również stan umysłu.

K.K.: To nie musi być miejsce, może to być np. spędzanie czasu z konkretną osobą, które przynosi wewnętrzny spokój. Niejednokrotnie w trakcie rozmowy z przyjacielem zapominam o wszystkich bolączkach i z miejsca mam dobry humor.

W drugiej części tego numeru jest wysamplowany pewien dialog…

K.K.: To jest fragment rozmowy Justyny z…

J.Ś.: …panią Marią Bienias. Niedawno nagraliśmy wspólnie balladę ludową „Były dwie siostry” na potrzeby cyklu dokumentalnego „Szlakiem Kolberga” dla TVP Kultura. Pani Maria powiedziała, że śpiewam jak słowik. Kuba bardzo lubi samplować i dzięki tej technice budować takie niuanse.

K.K.: Przypomniało mi się, że jak nagrywaliśmy pierwszą demówkę, w tamtym okresie wycinałem z filmów dużo fragmentów dialogów. Obecnie do tego wracam, może dlatego, że słucham więcej rapu, a tam się dużo sampluje.

Często podajesz hip-hop jako inspirację, a czy produkowanie muzyki dla raperów byłoby dla ciebie interesujące?

K.K.: W Polsce? Mam wrażenie, że wszystko już brzmi bardzo podobnie, mało kto idzie w piosenkę i muzykę. To mnie zniechęca. Bardzo dużo jest monotematycznych bitów, do wyklikania we Fruity Loops w kilka minut, bez bardziej złożonej aranżacji. Myślę, że Mes pokazał swoim ostatnim albumem, że jest artystą, który podchodzi do sprawy poważniej.

Może dlatego Justyna wystąpiła na „Rapersampler”.

J.Ś.: Tak, i napisałam końcowy fragment utworu. Zresztą tak się umawialiśmy: „Piotrek, jak chcesz mnie zaprosić, daj mi coś napisać”. Bardzo się prywatnie lubimy i Mes dał mi dużą wolność.

Niedawno też zmierzyłaś się z tekstem kultowej „Czerwonej sukienki” Fisza, którą zaśpiewałaś na drugiej części kompilacji „Albo Inaczej”.

 J.Ś.:Bardzo fajne doświadczenie, ale nie było to łatwe wyzwanie. „Czerwona sukienka” jest długim tekstem, więc trzeba było umiejętnie wybrać najważniejsze zdania. Wspólnie z Mariuszem Obijalskim opracowaliśmy muzykę oraz lirykę. „Albo Inaczej” to naprawdę świetna przygoda, zarówno występ na płycie, jak i występy na żywo z tym projektem.

 

Z kolei Kuba dopiero wyprodukował nowy album dla Marceliny.

K.K.: Bardzo dobra współpraca, chyba największa rzecz, jaką zrobiłem dla kogoś innego. Sporo zaufania ze strony Marceliny, i to się ceni, bo jeszcze nie tworzyłem dla tak dużej postaci i było trochę stresu. Lubię pracować, a i od każdego wartościowego wykonawcy można się czegoś nauczyć, więc zawsze jestem gotów, aby wejść do studia. Im więcej takich sytuacji, tym lepiej.

Kiedy czytałem stare wywiady, których udzieliliście, czułem waszą pokorę w podejściu do kariery, bo niejednokrotnie podkreślaliście, że chcecie tylko, aby muzyka stała się zajęciem na pełen etat, żeby nie trzeba było nigdzie dorabiać. Po kilku latach wasza pozycja w branży wydaje się pewna i stabilna. To nie rozleniwia?

K.K.: Moim zdaniem jest jeszcze większy głód, żeby ten stan rzeczy utrzymać. Możemy sobie na coraz więcej rzeczy pozwolić, bo zwiększają się możliwości, i to nas tylko otwiera artystycznie. Ludzie chcą z nami współpracować, więc trzeba tylko korzystać i się rozwijać.

Dużo komercyjnych propozycji współpracy odrzucacie?

K.K.: Akcje sponsorskie trzeba dobrze dobierać. Często w nie wchodzimy, żeby mieć środki na inwestycje w muzykę czy w teledyski. Staramy się nie robić przypałowych rzeczy, dlatego dobrze się zastanowimy, zanim wejdziemy we współpracę z marką.

Jeśli chodzi o koncerty, to nie jesteśmy wybiórczy, bo lubimy grać. Czasami wystąpienie na dniach miasta jest jedyną okazją, by dotrzeć do małych miejscowości. Niejednokrotnie ekscytacja publiki na takim występie jest większa niż w dużym mieście. To często bardzo wzruszające przeżycia.

Jak te przeżycia was kształtowały? Gdybyście mieli porównać siebie obecnie do tych sprzed, powiedzmy, pięciu lat?

J.Ś.: Dużo się zmieniło. Rozwinęliśmy się muzycznie i emocjonalnie. Przeżyliśmy bardzo dużo, bo ostatnie lata to najbardziej intensywny czas naszego życia. Wszystko miało na nas wpływ: przeprowadzka do Warszawy, kolejne etapy kariery muzycznej.

K.K.: Na pewno pojawiła się większa wiara w siebie i w to, co robimy. To bardzo pomaga w tym zawodzie (dłuższa pauza)…

J.Ś.: No w zawodzie, dobrze mówisz.

K.K.: Wiem, ale nigdy tak tego nie traktowałem – jako zawodu. Dziwnie to brzmi. Wracając do pytania, zmieniło się bardzo wiele na polu zawodowym i prywatnym. Ciężko jest pięć lat upchnąć w trzech zdaniach. Jak na swój wiek doświadczyliśmy dość dużo, nawet jak na ludzi, którzy pracują w tej branży,. Pierwsze trzy lata bardzo dużo jeździliśmy po świecie z koncertami. Oglądanie na żywo sporej liczby zagranicznych koncertów było cennym doświadczeniem. Graliśmy na showcase’owych festiwalach, jak Liverpool Sound City czy SXSW w Teksasie, kiedy byliśmy jeszcze niepełnoletni i nie wszędzie mogliśmy wejść. Te doświadczenia bardzo nas zbudowały pod względem podejścia do twórczości, pomysłów, inspiracji. Mieliśmy okazję podglądać, jak nowi artyści z innych krajów rozkręcają swoje kariery. To wszystko sprawiło, że wiedzieliśmy, jakie pomysły chcemy wdrażać u siebie, a jakich ścieżek unikać.

Czy jest duża różnica między koncertowaniem w Polsce a na świecie?

K.K.: Jest w podejściu samych artystów. Koncert to okazja, na którą trzeba się ubrać specjalnie. Przygotować tracklistę, która stworzy show od początku do końca. Trzeba pomyśleć o każdym aspekcie koncertu: światłach, odpowiednim nagłośnieniu, zmianach nastroju. To są szczegóły, które rzutują na finalny efekt występu. Sami musieliśmy do tego dojrzeć i teraz zastanawiamy się, jak powinna wyglądać scenografia, jakim utworem otworzyć koncert, co zagrać na bis. To są bardzo ważne elementy, a mam wrażenie, że wielu artystów w Polsce o tym kompletnie nie myśli. A nawet nie grając wielkich sal i nie mając olbrzymich budżetów, o wiele z tych spraw możemy zadbać sami. Dlatego od razu czuć różnicę, gdy na scenę wchodzi wykonawca, który ma przemyślane wszystkie te aspekty.

Kilka lat temu udzieliliście wywiadu, w którym Justyna mówiła: „Nie interesuje nas »Dzień dobry TVN«, gdzie na muzyków poświęca się dwie minuty, a większość z nich gra z playbacku, bo od muzyki ważniejszy jest wizerunek”. Od tego czasu parę razy gościliście w tym programie. Zmiana poglądów czy kompromis, na który trzeba iść, promując muzykę?

K.K.: (śmiech)

J.Ś.: To jest kompromis. Szansa, aby trafić do innej grupy odbiorców niż w internecie.

K.K.: Menedżer zawsze daje radę nas przekonać…

J.Ś.: …choć ciągle mówimy, że to już ostatni raz. (śmiech) Nieźle ucięli nasz ostatni występ, więc chyba tym razem to już był naprawdę ostatni raz. Jednak do tych starszych pań, które siedzą przez telewizorami, też trzeba jakoś dotrzeć.

K.K.: To nie jest tak, że same babcie oglądają telewizję śniadaniową. A co ty robisz w niedzielę rano?

J.Ś.: Ale ja jestem trochę taką babcią! (śmiech)

„Blisko mi do ducha, ale jak daleko do materii” – śpiewasz w utworze „Frank”. Brzmi jak refleksja dojrzałej osoby.

J.Ś.: Ten utwór odnosi się do jednego z moich ulubionych filmów – „Zapach kobiety”. Główny bohaterem jest właśnie tytułowy niewidomy Frank, którego gra Al Pacino. Cała piosenka jest tak naprawdę o słynnej scenie tanga. Poprzez słowa „blisko mi do ducha…” staram się utożsamić z niewidomym bohaterem, który pozbawiony wzroku, musi oprzeć swoje działania na innych zmysłach. Swego czasu odwiedzałam niewidomą śląską poetkę Zofię Książek-Bregułową, która straciła wzrok podczas powstania warszawskiego. W dzieciństwie byłam u niej często gościem i usłyszałam wiele ciekawych historii. Trochę dziwnie jest powiedzieć, że utrata zmysłu wzroku od zawsze była dla mnie czymś inspirującym, ale z jakiegoś powodu często wracałam do tego tematu myślami.

Tobie, Justyna, też jest „bliżej do ducha niż do materii”?

J.Ś.: Na pewno. Siłą rzeczy tak musi być, bo jestem człowiekiem bardzo „odklejonym” od rzeczywistości. (śmiech) Czyli tak naprawdę śpiewam o sobie, dobrze zauważyłeś.

Podobnie jest w utworze „Przykro mi”, gdzie deklarujesz: „Oczy już bez łez, ktoś powie zgryzota, mi tak lepiej jest”?

J.Ś.: To najbardziej osobisty numer na płycie. Tematem jest rozstanie, które jakiś czas temu przeżywałam. Sama staram się pocieszyć w tej piosence. Słowa „Oczy już bez łez to zgryzota” są cytatem z wiersza, który znajduje się w moim zbiorze poezji francuskiej, jednak nie przypomnę sobie teraz autora.

„Deszcz” to z kolei bardzo erotyczny utwór. Czy śpiewanie o intymnej stronie życia wymaga odwagi autora?

J.Ś.: Chyba nie, bo ja jestem bardzo otwarta w tych kwestiach. Seksualność mnie nie zawstydza i lubię o niej rozmawiać. Jeśli mogę jeszcze ją ująć pięknymi słowami, to jest najlepiej. Piękne erotyki są w sztuce od zawsze, wystarczy wspomnieć twórczość Bolesława Leśmiana. Seksualność to jest temat niesamowicie przyjemny, ale także potrzebny. Nie trzeba non stop pisać o problemach. (śmiech) Powoli, małymi kroczkami, staram się być w pewnych kwestiach głosem dla swoich rówieśników. Nie chcę, aby wstydzili się sfery seksualnej swojego życia. Dobrze, że ten temat się rozwija, np. akcja społeczna „#Sexedpl” Anji Rubik. Nic, tylko chodzić i głosić, że seks to najfajniejsza rzecz, jaką mamy na tym świecie. Do rozładowania napięcia, do czerpania radości z życia.

Coraz więcej misji w tym, co robisz? Wystąpiłaś w kampanii „Do You” będącej w założeniu hołdem dla niezależnych i silnych kobiet.

J.Ś.: To było bardzo ciekawe doświadczenie, współpracować z Mary Komasą oraz zmierzyć się z kawałkiem „Jestem kobietą” Edyty Górniak. Marka wymyśliła bardzo fajną kampanię nie tylko dla kobiet. Przy okazji wyszło, że jesteśmy z Kubą całkiem nieźli w odświeżaniu starszych utworów. Czemu by tego nie robić i nie pokazywać ludziom tekstów Jacka Cygana czy Agnieszki Osieckiej?

Chciałabyś, żeby za 30-40 lat jakiś młody artysta sięgał po twoje teksty?

J.Ś.: Zdecydowanie. Tworzę głównie dla ludzi. Nie mogę się doczekać bardziej konkretnego wieku, bo teraz nie wiadomo, o co ze mną chodzi – mam 21 lat, a czuję się o wiele bardziej poważnie. Chcę być w pełni dorosłym człowiekiem, którego tak właśnie odbiera społeczeństwo. To przychodzi z wiekiem.

Podobnie jak wykształcenie się charakteru. Jakie są między wami podobieństwa, a jakie różnice?

J.Ś.: (śmiech) Myślę, że różnic jest więcej. Jednak podobieństwa są tak duże, że aż przytłaczające.

K.K.: Jesteśmy bardzo podobni, choć jest między nami sporo kontrastów, co ma świetny wpływ na sztukę. W czym jesteśmy podobni? Mamy na bank podobną wrażliwość…

J..Ś: Ale zarazem troszkę inną, co daje o sobie znać. Różnice sprawiają, że się lepiej uzupełniamy. Zarówno w życiu, jak i w muzyce. Ja jestem bardziej spokojna niż Kuba.

K.K.: Ja jestem tym narwanym. Trudne pytanie zadałeś, tutaj potrzeba psychologa.

A może prezentera? „Odkrycie Łukasza Jakóbiaka” – niejednokrotnie można trafić na taki opis waszego zespołu. Lubicie to czy jest to denerwujące po latach?

K.K.: Sama prawda. Łukasz był pierwszą osobą, która nas pokazała szerszemu gronu. Trudno to lubić czy nie, bo tak po prostu było.

J.Ś.: To był katalizator, który przyspieszył to, co się miało wydarzyć. Gdyby nie występ u Jakóbiaka, i tak poszlibyśmy po swoje, ale jednak udział w jego programie pozwolił na przyspieszenie biegu wydarzeń.

Bieg wydarzeń był taki, że staliście się sławni w wieku nastoletnim. Ciężko było dorastać, będąc w centrum uwagi mediów, fanów?

J.Ś.: Nie było czasu na to dorastanie.

K.K.: Bo my ciągle jesteśmy dziećmi. (śmiech)

J.Ś.: A tak naprawdę od dawna jesteśmy dorośli, bo non stop pracujemy.

A gdy chcecie wyjść na miasto i zaszaleć? Nie spina was to, że jesteście znani, a każdy ma w telefonie aparat?

J.Ś.: Nie.

K.K.: Jesteśmy na takim poziomie popularności, który pozwala na sporą wolność.

J.Ś.: Mamy swoje miejsca, grono przyjaciół i raczej nie robimy 15 klubów w ciągu jednej nocy.

Czyli nie chcielibyście przekroczyć pewnego poziomu rozpoznawalności?

K.K.: To nie jest rzecz, której można chcieć lub nie. To jest poza naszą kontrolą tak naprawdę. Nie mamy wiele czasu dla bliskich, ciągle gdzieś wyjeżdżamy. Nasze rodziny i przyjaciele długo się oswajali z trybem naszego życia. Wiele poświęcamy dla tego zawodu. To jest ciemniejsza strona kariery, choć nie ma co narzekać, bo nie mamy hardcore’owych sytuacji z tego wynikających.

Jaki jest przykład „hardcore’owej sytuacji” będącej rezultatem sławy?

K.K.: Miałem kilka takich, ale chyba nie chcę o tym opowiadać.

J.Ś.: Na imprezie ktoś dziwnie zagaduje albo wysyła niestosowne wiadomości przez social media. Są to jednak pojedyncze przypadki.

K.K.: Często ludzie nas oceniają, zanim zdążą poznać osobiście. Przez to, że jesteśmy rozpoznawalni, niektórzy wyrabiają sobie o nas zdanie zawczasu.

J.Ś.: Ludzie baaaardzo lubią oceniać.

K.K.: Jesteśmy ciągle narażeni na ocenianie i można się do tego przyzwyczaić. Przez pięć lat wszystko sobie poukładaliśmy, jeśli chodzi o naszą działalność.

 

Zdjęcia: Tatiana & Karol
Produkcja: Daniel Jankowski
Stylizacja: Michał Koszek
Makijaż: Viktoria Kalinichenko
Fryzura: Amadeo Wilczewski

Specjalne podziękowania dla Muzeum Ziemi PAN w Warszawie

Dodaj komentarz