The Body „No One Deserves Happiness” – u piekła bram

Miałem taki okres w życiu, kiedy żarłem sporo psychodelików. Grzybów nigdy jakoś szczególnie nie polubiłem, więc jadłem te kwasy dosyć często w sytuacjach różnych, czasami bardziej komfortowych, a niekiedy nieco ekstremalnych; w ciepłym domu przed telewizorem, z którego leciała Viva Zwei, i w zimnym klubie, gdzieś w obcym mieście, gdzie akurat grali pionierzy industrialu; w kinie, w parku, w galerii, na koncercie, na spacerze czy na… Pierwszy Dzień Wiosny. I jako że narkotyki to nie rurki z kremem, a dorośli – przynajmniej w swoim mniemaniu – ludzie muszą przyjmować odpowiedzialność za swoje wybory, kilka razy byłem zobligowany mierzyć się z doświadczeniami granicznymi i przeżyciami raczej traumatycznymi, czyli tzw. „bad tripami”.

Kiedyś np. w dzień wagarowicza pojedliśmy z kolegą jeszcze przed naszym spotkaniem, no, i jak to w takich sytuacjach bywa, tego dnia już się nie spotkaliśmy. Zostałem sam na Ursynowie z dalszymi znajomymi, którzy nie wiedzieli, co mi jest. W pewnym momencie bez słowa wyszedłem z mieszkania, żeby przed klatką zaczerpnąć świeżego powietrza. Zaraz obok wejścia do bloku były tam drugie drzwi, które prowadziły zapewne do piwnicy, lecz tego dnia, w tym konkretnym momencie wiodły do piekła, o czym byłem przekonany do tego stopnia, że padłem przed nimi na kolana prosząc szatana, żeby jeszcze mnie nie zabierał z tego świata, i żeby to wszystko się wreszcie skończyło… O historyjce tej nieco przydługiej i ciut moralizatorskiej przypomniał mi właśnie piąty album amerykańskiego duetu The Body – „Nikt nie zasługuje na szczęście”.

Nikt też wcześniej nie oddał przy pomocy żadnego instrumentu dźwięku, który słyszałem wtedy na Ursynowie zza tych drzwi starych, obdrapanych, którymi w zależności od aktualnej kondycji psychicznej niektórzy schodzili po przetwory, a inni na gehennę. Chip King i Lee Buford musieli kiedyś ten dźwięk słyszeć, bo inaczej nigdy by im się nie udało go odegrać – bez względu na to, jak odważnie eksperymentują na swoim nowym krążku. Nie ważne, czy sięgnęliby po syntezatory, smyki, tuby i głosy, bez znaczenia byłoby to, że nie baliby się popowych wręcz zabiegów czy elektronicznych pasaży; na pewno kiedyś go słyszeli. Dźwięk wszechogarniający, dławiący i bolesny, miażdżący kości i chwytający za gardło, a jednocześnie czule tulący i kuszący. Dźwięk, który wzywa i odpycha zarazem, wymaga wiele, a w zamian daje tylko samotność, niepokój i zwątpienie, topi w stanach najdalszych od szczęścia. Dźwięk, który można jednak zawsze wyłączyć bez zwracania się do wyższych czy niższych instancji. Jeśli więc kuszą was doświadczenia graniczne, zamiast sięgać po narkotyki odpalcie sobie „No One Deserves Happiness”. A jeśli z pełną odpowiedzialnością i tak macie ochotę się naćpać, to pamiętajcie, żeby nigdy nie włączać wtedy tej płyty.

The Body
„No One Deserves Happiness”

Thrill Jockey

Dodaj komentarz