„Po tamtej stronie”, czyli inna strona nadziei

źródło: Gutek Film

Od czasów II Wojny Światowej nie było (przynajmniej statystycznie) w Europie tak palącego problemu jak kryzys migracyjny, z którym borykają się aktualnie nie tylko mieszkańcy Starego Kontynentu. Już sama terminologia stosowana do opisu sytuacji: „kryzys”, „problem”, „aporia naszych czasów”, czyni z niego nośny temat, który prędzej czy później zostanie przefiltrowany przez kulturę. Nie dziwią więc powstające co jakiś czas teksty kultury mierzące się z kwestią uchodźców: nagrodzeni w Cannes „Imigranci” (2015) czy głośny dokument ostatnich miesięcy pt. „Ostatni w Aleppo” (2017).

Swojego rodzaju ostatnim z Aleppo jest także protagonista filmu „Po tamtej stronie”, nowej vintage’owej prowokacji fińskiego reżysera Akiego Kaurismäkiego. Khaled (Sherwan Haji), mechanik z Syrii, choć przybywa do Europy na pokładzie statku towarowego, wygląda jak przybysz z innej planety – zanurzony po czubek głowy w górze węgla. Niczym Karol, główny bohater filmu „Trzy kolory: Biały” (1994) Kieślowskiego, który do Polski próbował przedostać się jako bagaż, w wielkiej skórzanej walizce. Początek filmu wydaje się też nieoczywistą kontynuacją poprzedniego dzieła reżysera – „Człowieka z Hawru” (2011) – wypowiedzi de facto na inny temat, lecz przedstawionej w podobny sposób. Tam młodziutki Idrissa, imigrant z Gabonu, dopłynął do tytułowego francuskiego miasta w kontenerze. Stojąc po pas w wodzie, zastanawiał się w którą stronę uciekać przed strażą przybrzeżną; pomocną rękę wyciągnął do niego jednak podstarzały Marcel, portowy pucybut.

Dla Khaleda ratunek przywdziewa postać Wikströma (Sakari Kuosmanen), byłego sprzedawcę koszul, teraz samodzielnie przebranżowionego właściciela restauracji, na której zapleczu bezdomny bohater znalazł dla siebie schronienie. Widząc umorusanego imigranta leżącego na „prywatnej posesji”, mężczyzna o czerwonej twarzy rubasznego wujka Mariana wpada w szał (postać ta sprawia zresztą wrażenie alter ego reżysera, głównie pod względem fizycznym). Z czasem przekonuje się do Innego, darząc go nawet sympatią i upatrując w nim szanse na podratowanie słabo prosperującej knajpy o dumnej nazwie „Złoty kufel” – jak to często bywa, skierowanej po pewnym czasie w stronę kuchni wschodniej.

Z kolei Ziemią Obiecaną okazuje się stolica Finlandii, nie wyglądającą bynajmniej na raj odnaleziony. Helsinki w kamerze Kaurismäkiego przypominają bardziej komunistyczną Warszawę niżeli miasto bogatego kraju skandynawskiego. To typowy zabieg stylistyczny stosowany przez Fina – wszędzie jest dobrze, tylko nie u nas – dlatego  uchwycona na taśmie 35mm Finlandia wygląda jak zapis przeszłości. Wprawdzie bohaterowie rozmawiają przez nowoczesne komórki, lecz zamiast komputerów używają maszyn do pisania, noszą staroświecką garderobę i trwałe fryzury. W „Złotym kuflu”, jak za Gierka – zjesz śledzia z puszki i napijesz się wódki. Kaurismäki jak przystało na prawdziwego autora kina podejmuje wprawdzie palącą kwestię współczesności, ale przedstawia ją w swoim specyficznym stylu, nie siląc się tym samym na tanią kontrowersję podjętego tematu.

To chyba największa z zalet, zarówno postawy reżysera, jak i samego filmu. Angielska i polska transpozycja tytułu podkreśla jakąś „drugą stronę”, w rozumieniu: że można inaczej, bez patosu i taniej publicystyki opowiedzieć o nieopowiadanym. Szyderczy acz wielkoduszny Wikström wykazuje się solidarnością, jednocześnie będąc reprezentantem ogółu – Finlandia jako kraj nie jest gotowa na przyjmowanie uchodźców. Khaled to nie kobieta z dziećmi, a młody mężczyzna w sile wieku, dlaczego zatem nie został w kraju objętym wojną, ba, nie bronił ojczyzny a siostrę zostawił na południu Europy? Pomiędzy tymi dwoma równoległymi wątkami – zadomowienia na obczyźnie i mentalności białego człowieka – rozgrywane jest groteskowo-dramatyczne studium przypadku.

Jedna z fenomenalnych scen rozgrywa się w urzędzie meldowania imigrantów, gdzie Khaled poznaje Mazdaka. Irakijczyk wykłada bohaterowi sposób na zdobycie azylu: musisz się uśmiechać, ale nie za dużo, bo wezmą cię za wariata. Bądź szczęśliwy i wesoły, tylko nie na ulicy – do domu wracaj zmartwiony. Jeśli jednak twoja sytuacja nie wyda się urzędnikowi zbyt smutna, utracisz swój uprzywilejowany status biednego uciekiniera.

Uchodźca nie jest zatem traktowany w uroczysty, podniosły sposób (jako ofiara losu), ale człowiek szukający zwyczajnie nowego miejsca na ziemi. Obserwując drobnomieszczańskie kombinowanie restauracyjnej gromady, nie ulicznych prostaków wyzywających go od Żydów (?), Khaled woli jechać gdzie indziej. Nagrodzony za reżyserię na tegorocznym Berlinale (polecam obejrzenie odbioru nagrody!), Kaurismäki z wyczuciem i sporą odwagą nie podważa w żaden sposób wagi tematu, lecz przedstawia go po swojemu, z całą lekkością i bezkompromisowością, tworząc coś na wzór zaangażowanej komedii humanitarnej. Po tamtej stronie normalności wcale nie musi być lepiej.

Tekst: Piotr Szczyszyk

źródło: Gutek Film