Tajemnice gwiazdy. „Whitney” – recenzja

Zanim sale koncertowe zapełniły się fanami Mariah Carey, Christiny Aguilery czy Beyoncé, królową zbiorowej wyobraźni była Whitney – córka despotki śpiewającej w chórkach Arethy Franklin i skorumpowanego lokalnego polityka. Artystka wcześnie wyprowadziła się z domu, by podbić świat, który dla nastolatki z Jersey okazał się jednak okrutny. Ogromne kontrakty reklamowe, dorywcze prace w modelingu, ciągłe występy i rosnąca konkurencja – to wszystko musiało odcisnąć swoje piętno na jej psychice. Młodziutka piosenkarka coraz częściej czuła się samotna i szukała pocieszenia w używkach, do których miała nieograniczony dostęp.

Reżyser Kevin Macdonald zdaje się wyciągać na światło dzienne kolejne fakty – sugeruje molestowanie seksualne i ukrywany biseksualizm, które mogły mieć decydujący wpływ na dalsze, tragiczne losy gwiazdy. „Whitney” to świetnie udokumentowana kronika zbyt prędkiego wchodzenia na szczyt i głośnego upadku w świetle jupiterów, a także drobiazgowa analiza autodestrukcyjnych ciągot jednej z największych piosenkarek wszech czasów.

Film Macdonalda od innych tego typu biografii odróżnia jednak wyraźne osadzenie życia artystki w socjologicznym kontekście. Twórca mówi o przełomie lat 80. i 90., prezydenturze Ronalda Reagana, czasach świetności wielkich marek kształtujących świadomość milionów ludzi, a także karier, które robiło się z dnia na dzień. To wszystko czuć w dokumencie, a poszczególne sceny ukazujące „amerykańską konsumpcję” przerywane są głośnym śmiechem Houston z wybrzmiewającym w tle „I Wanna Dance With Somebody”. Szkoda, że ten zaraźliwy śmiech dało się słyszeć jedynie w klipach i reklamach – w prawdziwym życiu Whitney nie było do śmiechu.

Tekst: Magdalena Maksimiuk

„Whitney” reż. Kevin Macdonald
Wielka Brytania/USA 2018
120 min Kino Świat, 6 lipca