T-Mobile Nowe Horyzonty: Muzyka, która bruździ

źródło: Nowe Horyzonty

Często ludzie, którzy nigdy nie byli na Nowych Horyzontach pytają mnie jaka była ta edycja festiwalu – czy lepsza niż poprzednia, czy gorsza, czy filmów więcej słabych czy dobrych, czy to wszystko idzie w dobrym kierunku czy już się kończy… A ja nigdy nie wiem co im odpowiedzieć, bo i tak z tych kilkuset filmów, które są wyświetlane w danym roku widzę tylko kilkanaście czy kilkadziesiąt, i jak to zwykle z filmami bywa – kilka jest ekstra, kilka dobrych, kilka niezłych, a z kilku chętnie… bym wyszedł bądź wychodzę. W tym roku jednak jednego jestem pewien – scena muzyczna była najlepsza od lat.

Już w sali projekcyjnej narobiłem sobie apetytu na wieczorne koncerty, bo pośród moich tegorocznych faworytów znalazło się parę filmów z mocnym akcentem muzycznym – latający cyrk Flying Lotusa po DMT czyli równie smaczne jak obrzydliwe „Kuso”, politycznie zaangażowana acz niepoprawna, subwersywna relacja z wizyty Laibachu w Korei Północnej w „Liberation Day” czy misternie zaaranżowane w warstwie audio-wizualnej, trzymające w nieustannym napięciu „Ogary miłości”. Żadnego z nich jednak nie widziałem jeszcze, gdy drugiego dnia festiwalu zmierzałem do Arsenału na wspólny set dwóch gigantów brytyjskiej sceny basowej – Sherwooda i Pincha.

12 subów wstawionych w tym roku pod scenę zapowiadało idealne warunki na przyjście obu panów, a niedawno wydany krążek „Man vs. Sofa” pobudzał ciekawość tego jak zabrzmi tym razem ów clash pokoleń. Pierwszy raz bowiem widziałem tych dwóch Angoli kilka lat temu na Nowej Muzyce i… nie był to najciekawszy koncert. Zabrakło w nim tego wszystkiego co znalazłem w piątkowy wieczór w klubie festiwalowym – różnorodności, głębi i nieustannego balansu pomiędzy psychodeliczno-dubowym podejściem Adriana i dubstepowo-technicznym sznytem Roba. Może to właśnie młodszy o ponad 20 lat Pinch potrzebował czasu, żeby zdobyć się na śmiałość by ze swoim młodzieńczym idolem stanąć w dźwiękowe szranki jak równy z równym, może będący prawdziwym weteranem sound systemowej sceny Sherwood musiał się osłuchać z minimalistycznym brzmieniem swojego nowego kolaboranta, a może po prostu tamtego wieczoru nikt nie wydarł japy po wejściu masywnego base line’u i wszystko nie zażarło. Tym razem jednak zażarło – bas kopał w klatę jak powinien, tańczący na zmianę dostawali coś dla nóg i coś dla bioder, a klasyczne jamajskie syreny i zaśpiewy co rusz skłaniały ludzi by gwizdać i krzyczeć wadada!

Krzyków było mniej – nie wliczając w to dławionych jęków przerażenia – na kilka dni późniejszym koncercie Yvesa Tumora. To, że organizatorzy festiwalu pokusili się o zrobienie koncertu tegoż dźwiękowego dywersanta tego samego wieczoru co występ Mitch & Mitch, zakrawa na jeden z większych line-upowych trollingów tego roku. Trolling w czasie rzeczywistym na niczego nie spodziewających się ludziach. Bo choć nawet najbardziej zagorzali miłośnicy krążka „Serpent Music” nie do końca wiedzieli co jego autor może zdziałać na żywo, to takiej intensywności, pasji i furii na scenie – a głównie pod nią – nie spodziewał się na pewno żaden fan albumu z Wodeckim.

Kiedy opuszczałem tego wieczoru Arsenał słyszałem jak nie na żarty przejęta dziewczyna opowiadał swoim znajomym, że to było „prawdziwe piekło” i… zgadzam się z nią w 100%. Piekło w którym, choć nie czułem się komfortowo, chciałem pozostać do ostatniej milisekundy występu, piekło, którego namacalność rzadko udaje się odzwierciedlić w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki, piekło płonące żywym ogniem i nie zważające na bezpieczeństwo trafiających do niego ludzi. Każdy błysk syntezatora, każdy dźwięk, słowo i gest postawnego chłopa jakim okazał się być Yves zdawał się być frontalnym atakiem na publiczność. W blasku T-Mobile’owych reklam słowa Tumora o byciu na korporacyjnej szychcie, w pogoni za brudnymi pieniędzmi były jeszcze mocniejsze, a cementowana rapowym bitem, noise’owa ściana dźwięku stanowiła solidny fundament dla jego ekscesów. Bo choć to, co wychodziło z głośników już samo w sobie mogłoby robić za artylerię ciężkiego kalibru, to konfrontacyjną atmosferę występu zagęszczał jeszcze główny diabeł tegoż objazdowego cyrku osobliwości – ubrany w długi płaszcz, opętańczo wijący się raper-szaman będący w nieustannym dryfie wśród publiczności. Tu kogoś popchnął, tu na kogoś upadł, tu między kogoś się wcisnął; na agresora, pana tego przedstawienia, panoszył się wśród tłumu. I choć znając podobne praktyki ze sceny industrialnej czy post-punkowej, nie czułem się nawet przez moment zagrożony, to daleko było mojej postawie do zblazowanego widza koncertu, który widział już niejedno. A co dopiero ma powiedzieć jakaś nieświadoma niczego miłośniczka big bandowego grania, którą Yves przeciągnął kilka metrów za sobą wylewając jej piwo i burząc komfort nietykalności osobistej. Z jej otwartych ust nie wyszło wtedy nawet słowo. Festiwalowe hasło „kino, które budzi”, jakie miała tego wieczoru na koszulce zyskało jednak zupełnie nowy kontekst.

Swoiste uczucie niedopasowania towarzyszyło mi również podczas czwartkowego koncertu Shabazz Palaces. Pochodzący z Seattle ponad-rapowy duet bowiem nie jest w moim mniemaniu zespołem, który powinien grać na dużych, festiwalowych scenach. Ich kontrakt z Sub Popem, aktualny powrót wielkich afroamerykańskich narracji i swoisty hajp, który właśnie przeżywają Ish i Tienda wypchnął ich na łaskę wielkich tłumów, a – moim zdaniem – ten kosmiczny, free-jazzowy hip-hop jaki grają najlepiej sprawdziłby się w niezbyt wielkim, a na pewno niskim, nocnym klubie w którym na co dzień rozbrzmiewa impro. W porównaniu z ich koncertem na OFFie kilka lat temu, co się głównie zmieniło (poza nagłośnieniem, które tamtejszy akustyk położył – nomen omen – koncertowo) to dynamika – z bardzo transowego, introwertycznego lotu jaki zapamiętałem z Doliny Trzech Stawów, duet przeszedł na stronę bardziej klasycznie rozumianych występów na żywo z co bardziej hitowymi numerami przeplatanymi ich klasycznymi jazdami po nieboskłonie. I właśnie ta formuła zażarła dopiero w połowie koncertu – wtedy Tiendai wszedł na pełne obroty za obsługiwanymi przez niego bębnami i przeszkadzajkami, Ish zjednał sobie nie zawsze zorientowaną w estetyce publikę i nawet chroniąc przed deszczem płachta nad głowami tłumu nie przeszkadzała wpatrywać się w kosmos. Afrykańskie wątki rytmiczne słyszalne w twórczości Shabazzów na parkiet wprowadził natomiast drugi gość tego wieczoru – pochodzący z Durbanu DJ Lag. I choć zwieziony do klubu festiwalowego potężny sound system obnażył niestety chałupniczość produkcji tegoż młodego reprezentant gqom’owej familii, to energia z jaką prezentował południowo-afrykańskie house’owe hybrydy szybko zjednała mu pełen parkiet, a didżejki nie opuścił on jeszcze długo po tym jak stery przejęli reprezentanci wrocławskiego kolektywu Regime Brigade. Jak zresztą wieść gminna niesie, z muzyką nie mógł się rozstać nawet gdy nad ranem trafili do mieszkania jednego z brygadzistów, gdzie Lag szybko poprosił o ściągnięcie Fruity Loopsa i zaczął robić swój kolejny, porywający do tańca numer.

I miały też miejsce w Arsenale w tym roku inne koncerty – zupełnie nie odnajdująca się na scenie, zawodząca oczekiwania Inga Copeland, sprawny w każdej materii, acz nieobdarzony ową trudną do uchwycenia iskrą, która sprawia, że ktoś z ligi profesjonalnej awansuje do mistrzowskiej, Zebra Katz czy świetnie żonglujący stylistykami i balansujący na granicy imprezy i eksperymentu Actress w swojej DJskiej odsłonie. I były też występy na które nie dotarłem ze względu na odbywające się w tym samym czasie projekcje czy takie z których usłyszałem jedynie pożegnalne „thank you, w-rock-love”, choć jeszcze przed chwilą pędziłem z kina na złamanie karku. Ale to właśnie urok tego festiwalu – nigdy nie zobaczę na nim wszystkiego, ale zawsze spośród tego, co uda mi się zobaczyć, coś robi na mnie ogromne wrażenie, daje do myślenia i inspiruje do dalszych poszukiwań. Nieustannie, rokrocznie, od lat; od tego pamiętnego dla mnie lata 2003. roku, kiedy to pierwszy raz wybrałem się do Cieszyna.