Sztuka z serca. Charytatywna wystawa Michała Torzeckiego

„To więcej niż wystawa. To szlachetny aktywizm w swoich najlepszych manifestacjach – godny, wrażliwy i zatroskany. To nie są tylko świetne obrazy. To pięknie wyrażona tęsknota za humanizmem sztuki. To nie jest zaproszenie na wernisaż. To zaproszenie do naprawiania świata. To nie jest aukcja. To jest IDEA…” takimi słowami opisuje wystawę Paweł Potoroczyn, Dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza.

 

14164135_10205362402494625_1207875943_o

 

Charytatywny wernisaż Michała Torzeckiego odbędzie się w Stacji Mercedes 1 września. Artysta stworzył portrety zwierząt, które są do adopcji z Fundacji Azylu pod Psim Aniołem. Na wernisażu będziemy mogli spotkać się ze zwierzakami, a ci, którzy zdecydują się zaadoptować jednego z czworonogów, dostaną obraz w prezencie. Portrety będzie można także zakupić, a całkowity dochód zostanie przeznaczony na opiekę nad psami w schronisku Fundacji. Michał Torzecki jest artystą wychowanym w Stanach Zjednoczonych, a wykształconym w Polsce. Na koncie ma już między innymi wystawy w Warszawie, Krakowie a także Londynie i Nowym Jorku. Jego prace to realistyczne portrety zwierząt. Stara się w nich uchwycić jak najlepiej charakter i emocje swoich modeli. Torzecki ma nie tylko wielki talent, ale także wielkie serce, dlatego wszystkich miłośników zwierząt i sztuki gorąco zachęcamy do odwiedzenia wernisażu. W trakcie przygotowań, udało nam się porozmawiać z Michałem i zadać mu parę pytań.

 

Skąd pomysł na wystawę?

Pomysł nie jest zupełnie nowy, dwa lata temu zrobiłem w tym samym miejscu wystawę półcharytatywną dla WWF. Udało mi się wtedy zebrać około 10 tysięcy zł. Chodziło o to, aby pokazać, że każdy z nas własnymi środkami może zrobić coś fajnego dla społeczeństwa i środowiska. Był to świetny przykład, że dzięki sztuce można się i utrzymać, i zrobić coś pożytecznego. W Stanach dzieci uczy się od bardzo młodego wieku, że można robić fajne rzeczy, które w jakiś sposób komuś pomogą. Zachęca się je do prac społecznych np. sprzedaży ciasteczek, pokazów, z których całe zebrane pieniądze idą na cele charytatywne. Uczy się je, że trzeba pomagać i to jest super! Fajnie by było zaszczepić tę myśl w Polsce. U nas ludzie chętnie dorzucają się na Orkiestrę Świątecznej Pomocy, ale samodzielnie rzadko angażują się w takie akcje. Jest mało osób, które wie, że można z tego czerpać ogromną przyjemność i że jest to bardzo budujące. Pomagasz komuś a jednocześnie poprawiasz swoje poczucie własnej wartości. Robisz fajną rzecz, a fajnie jest robić fajne rzeczy. Ludzie często strasznie narzekają na wszystko dookoła, a nic nie robią, żeby coś zmienić. Jest taki bardzo fajny cytat z Gandhiego „Bądź zmianą w świecie, którą chcesz zobaczyć”. Nie ma co gadać, jakbyś chciał, żeby świat wyglądał, tylko sam musisz czynić małe kroki, by doprowadzić do tych zmian.

 

1400_-o_1apq51u611p7j7f51b2jo249a1g

Dlaczego zdecydowałeś się wybrać fundację Azylu pod Psim Aniołem?

Azyl to bardzo mała fundacja. Znajduje się tam około stu psów, może nawet mniej. Oni są wyjątkowi, przyjmują każdego zwierzaka, nie ważne w jak złej sytuacji się znajduje. Nawet jeśli szanse na adopcje są bardzo małe i tak mu pomagają. Właścicielka fundacji, pani Agnieszka, jest taką „Matką Teresą” dla zwierząt. Dużo osób tam nie przychodzi, bo fundacja znajduje się na uboczu. Wszyscy kojarzą najpierw Paluch, który jest mocno dofinansowany rządowo. Azyl ma mniej pomocników i bardziej potrzebuje wsparcia. Ludzie bardzo się tam starają, podchodzą do wszystkiego z sercem i szlachetnością. Mój własny pies jest z fundacji, która nazywa się Mikropsy, będącej odłamem Azylu, zajmują się tam małymi pieskami, więc pewnie sentyment też wchodzi tu w grę.

 

Co można zrobić, by zmniejszyć problem bezdomności psów?

Potrzebny jest dobrze rozwinięty program kastracji psów bezdomnych i psów na wsi. Żeby ludzie nie mieli takiego archaicznego podejścia, że mój pies będzie mniej męski po wykastrowaniu. To jest zdrowsze dla psa pod każdym względem, lepsze i łatwiejsze również dla właściciela. Psy wykastrowane są spokojniejsze, mają inny temperament i sprawiają mniej problemów. W Polsce większość osób o tym nie myśli, dlatego mamy bardzo dużo psów. W samych okolicach Warszawy jest 5 różnych schronisk, którym cały czas dochodzą nowe zwierzęta, mimo wielu działań edukacyjnych, mających na celu wytłumaczenie, aby nie porzucać zwierząt. Ciągle znajduje się psy przywiązane do drzew w lasach. Sposób, w jaki wiele ludzi traktuje swoje zwierzęta, jest nadal daleki od ideału.

 

14163880_10205363261076089_985906857_o (1)

Czy uważasz, że adopcja zwierząt jest lepszą opcją niż kupno?

Tak, jest taka potrzeba w danym momencie, bo mamy naprawdę bardzo dużo bezdomnych zwierzaków. Kiedy w takim momencie ludzie kupują psa, zamiast jakiegoś przygarnąć, jest to dla mnie osobiście smutne. Rozumiem, że ludzie mają jazdę na rodowodowe psy i bardzo lubią jakąś rasę, w ogóle tego nie hejtuję. To ich wybór, ale ja i tak będę się starał znajdować domy dla tych, które ich nie mają. Moi rodzice mają psy rasowe, moi znajomi tak samo. One są trudniejsze, jak nie żyją w warunkach, do których są przystosowane, mogą sprawiać problemy. Psy rodowodowe dużo częściej chorują, bo są przerasowane, są „trudne w obsłudze”. Dużo bardziej wierzę w kundle. Mieszanki są fajne, zdrowsze, a łączenie cech częściej wyciąga te pozytywne na wierzch. Miałem w życiu dwa kundle, jednego przez 20 lat. Nie było z nim żadnych problemów. Jedynie koło 10 roku życia pojawił się problem z prostatą, który został rozwiązany właśnie przez kastrację. Pies, który został wzięty ze schroniska, jest dużo bardziej lojalny, bo ratujesz mu życie. Wierzę w inteligencje zwierzęcą i myślę, że taki pies jest bardzo wdzięczny, że wyciągnąłeś go z tragicznej sytuacji.

 

Jak wygląda proces adopcyjny?

Nie jest skomplikowany. Pracownik schroniska zadaje parę pytań, żeby ocenić, dana osoba nadaje się na opiekuna wybranego psa. Po 6 miesiącach lub roku właściciel zobowiązany jest złożyć raport, czy z psem jest wszystko w porządku. Fundacja ma też zarezerwowane prawo do odebrania zwierzęcia, jeśli warunki, w jakich jest trzymany, są fatalne.

 

14114670_10205362402454624_617623866_o

Skąd u ciebie taka miłość do zwierząt?

Od zawsze byłem ich wielkim miłośnikiem. Pamiętam, jak chodziliśmy do zoo w Chicago, miałem około 3-4 lat i zawsze największą zajawką było dla mnie przebywanie wokół zwierząt. Wcześniej robiłem z tatą już aukcje na rzecz jednego schroniska, przekazywałem też część funduszy z grania. Zawsze mnie to interesowało. Niektórzy lubią pomagać dzieciom, a dla mnie, odkąd pamiętam, bliskie były zwierzęta. Jako dziecko przez jakiś czas chciałem zostać ichtiologiem, badać ryby i oceany.

 

Jak wyglądał proces wybierania zwierząt ze schroniska i współpraca z nimi?

Ostatecznie udało mi się sportretować 11 psów, jeździłem do nich, robiłem im zdjęcia i poznawałem ich charakter, aby jak najlepiej przedstawić go w portretach. Na początku schronisko wybrało dla mnie starsze psy. Opiekunowie chcieli podarować im chociaż namiastkę ciepłego domu na ostatnie lata życia. Musiałem się jednak starać, aby wybrać takie zwierzęta, które będą miały większą szansę na adopcje. Robię tę wystawę po raz pierwszy i bardzo zależy mi na tym, żeby bohaterowie moich obrazów znaleźli dom. Po prostu chciałbym, żeby to wszystko się jakoś udało. Dlatego starałem się o w miarę spokojne psy, ponieważ na wernisażu będzie duża przestrzeń i wielu ludzi. Jest parę psiaków, które są naprawdę cudowne. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego trafiły do schroniska.

 

Czy malujesz tylko zwierzęta?

Najbardziej lubię malować zwierzęta, ludzie są dla mnie fajnym tematem, ale naprawdę dogłębny portret zwierzęcy jest dla mnie ciekawszy. Wydaje mi się, że jestem przede wszystkim portrecistą. Czy maluję zwierzęta, czy ludzi skupiam się na portrecie. Jest on dla mnie najważniejszą i najciekawszą częścią malarstwa. Nawet jeśli przerzucam się na ludzi, to portret zawsze jest najmocniej dopracowaną częścią tego, co maluję. Jak na razie miałem 6 dużych indywidualnych wystaw i każda była skupiona na portrecie. Skończyłem Europejską Akademię Sztuk na wydziale malarstwa u Franciszka Starowiejskiego, który bardzo mocno mnie wyszkolił w gatunku anatomicznym. Mam klasyczne podejście do sztuki. Nie jestem jednak w stanie stwierdzić czy będę się tego trzymać do końca życia, teraz mam małą zajawkę na malowanie abstrakcji i zaczynam kombinować w tę stronę.

 

Jakie inspiracje czerpiesz z Polski a jakie ze Stanów?

Zawsze byłem fanem polskiej szkoły plakatu lat 70., 80., Świerzego, Starowiejskiego, Tomaszewskiego – mimo że w mojej sztuce w ogóle go nie widać, uwielbiałem go i w jakiś sposób na mnie wpłynął. Z amerykańskich artystów moim ulubionym (też portrecistą) jest Chuck Close, lubię także Hockneya i Hoppera. W Stanach chłonąłem bardzo dużo sztuki. Przez około 10 lat mieszkałem w Nowym Jorku, 15 minut od MOM-y i MET-u, bardzo często tam chodziłem. Często po szkole odrabiałem lekcje w muzeum, w Sali, w której można było się wyciszyć i miło pracować. Wstęp był płatny, ale na zasadach „pay what you wish”, więc płaciłem 25 centów i przychodziłem tam codziennie. Zaraziłem się sztuką i chłonąłem jej różne rodzaje. Z postimpresjonistów jestem wielkim fanem Degas i Gogen. Jako bardzo młode dziecko, poznałem reprodukcje prac Jacksona Polocka, na początku w ogóle mi się nie podobały, uważałem, że jest to zwykłe rzucanie farbą, i nie ma w tym żadnej sztuki. Dopiero jak ujrzałem taki obraz na żywo, poczułem wybuch emocji, gniew, cierpienie, jego walkę z alkoholizmem, naprawdę to czuć. Trudno mi powiedzieć, co było najbardziej inspirujące, ale wszystkie elementy złożyły się na moją osobowość i to, kim jestem dzisiaj.

 

14137689_10205363257516000_1376034997_n

Czy tworzenie prac charytatywnie stwarza ci większą przyjemność niż na zmówienie?

Tak, chociaż bardzo lubię też robić prace na zamówienie, szczególnie znajomym i przyjaciołom. Później cieszę się, że coś mojego wisi u bliskich. Jest to bardzo miłe, kiedy komuś podoba się coś, co dla niego zrobiłem. Malowanie charytatywne jest połączeniem przyjemności z wyzwaniem, czuję to jako powołanie. Sprawia mi oczywiście przyjemność, ale jest w tym więcej presji.

 

Czy to jest jednorazowa inicjatywa, czy planujesz takie akcje powtarzać?

Póki co jest jednorazowa. Przygotowania pochłonęły 6 miesięcy i bardzo dużo pieniędzy… Robię to w stu procentach charytatywnie. Nie mam żadnego ukrytego sponsora, nic na tym nie zarabiam, kosztowało mnie to dużo wysiłku. Chodzi mi o to, żeby zaszczepić w innych ludziach myśl, że można pomagać poprzez takie działania. Fajnie by było, gdyby więcej osób robiło takie rzeczy. Siła jest w liczebności. Jakby takich akcji było 10, 20, nawet dużo mniejszych, gdyby artyści oddali po jednym obrazie albo zagrali jeden koncert czy zrobili cokolwiek innego, to już dużo zmieni, więcej niż moja jedna wystawa. Bardzo bym chciał w przyszłości coś takiego powtórzyć, ale wiem, że samemu będzie mi trudno, więc chętnie wejdę z kimś w jakąś współpracę. Razem możemy więcej.

Dodaj komentarz