Szamowyzwalacz vol. 4, czyli Vienia rozmowy przy stole: Zosia Zborowska

Foto: Filip Skrońc

Gastronomiczna Warszawa troszczy się jak nigdy o wegan i wegetarian. Dumni i pełni współczucia zajadają się jaglanymi burgerami, warzywnymi bowlami i humusem w knajpach, które przeżywają swój najlepszy czas, wypełnione po brzegi klientelą. W warszawskiej restauracji Think Love Juices & Vegan Food na Saskiej Kępie, która oferuje smaczną, wolną od produktów mięsnych kuchnię, rozmawiam z szerzącą wegańską nowinę aktorką Zosią Zborowską.

Zamawiamy kilka dań z eleganckiej karty. Zosia zajada bowla z quinoa i zielonymi warzywami, smażone kwiaty cukinii z pastą z buraków. Filip, nasz fotograf, wcina wegańskie kopytka z kurkami, a ja wbijam zęby w wypasionego jaglanego burgera z piklami i awokado podanego w towarzystwie frytek ze słodkich ziemniaków. W takim entourage’u zabieramy się do rozmowy.

Vienio: Śmieję się, że jesteś moją ulubioną warszawską alternatywną mleczarką domową – sama produkujesz mleko z najrozmaitszych produktów. Jak złapałaś zajawkę na taką działalność?

Zosia Zborowska: Kiedy zorientowałam się, że mleko jest dla nas cholernie niezdrowe, zaczęłam go unikać. Jestem aspirującą weganką, ale od czasu do czasu zdarzy mi się wciąż zjeść owczy lub kozi nabiał. Jednak robienie swojego mleka roślinnego w domu to jest czad. Mam ekstramaszynę SoyaJoy G4, którą siostra kupiła mi sześć lat temu w Stanach. Moje ulubione mleko to namoczone suszone banany, orzechy nerkowca i pinii, dosładzane namoczonymi daktylami. Oho…. właśnie dostałam ślinotoku. Mówię ci, supersprawa. Konsystencja mleka zależy od preferencji – można przelać przez sitko i uzyskać klarowny płyn albo dodać trochę gęstego i mieć kozackie smoothie. Polecam do różnych owsianek, jaglanek. Kompletny odlot.

Lisia mama karmi małe liski swoim mlekiem, kozia mama małe kózki swoim, a my, ludzie, zwykliśmy pić cudze mleko, czyli krowie albo kozie.

Najzdrowsze jest dla nas mleko naszej własnej matki. Ale tylko wtedy, kiedy jesteśmy niemowlakami. Potem po prostu nasz organizm już go nie potrzebuje. My, ludzie, nie tolerujemy laktozy. Mleko jest dla nas najzwyczajniej szkodliwe.

Mimo to przemysł nabiałowy ma się znakomicie. Ludzie piją mleko, jedzą sery i zażerają się produktami mlecznymi.

I dlatego jest tyle chorób, bo pijemy to mleko, jemy sery w ogromnych ilościach a nie mamy świadomości, jak strasznie zakwasza, wyziębia i „zagluca” to nasz organizm. Nie tędy droga. Jeżeli nie chcesz zrezygnować z nabiału dla dobra zwierząt, zrób to dla siebie. System mleczarski jest okrutny – oddziela się dwudniowe cielęta od matki, która jest zrozpaczona, cierpi. Jest kilka filmików w necie, które bardzo dokładnie pokazują tę brutalną rozłąkę. Te obrazy rozdzierają serce. Zwierzęta hodowlane są maszynami do rodzenia, żyją w stresie i rozpaczy, bardzo często w tragicznych warunkach. Ich mleko nie byłoby dobre nawet dla cielaka, bo zawiera taką ilość antybiotyków. Bliżej mu do trucizny. „Pij mleko, będziesz wielki” – to największa ściema, jaką próbowano nam wmówić.

Foto: Filip Skrońc

Twój weganizm weganizm wynika ze współczucia dla zwierząt?

Przestałam jeść mięso z pobudek ideologicznych. Od dziecka kochałam zwierzęta, a trudno mówić, że je kochasz, jeśli potem je zjadasz. Przecież to jest szczyt hipokryzji. Dwa lata później przestałam jeść ryby i owoce morza. Nie byłam w stanie. Do wszystkiego dochodzę niespiesznie, krok po kroku. Gdybym z dnia na dzień stwierdziła, że zostanę weganką, to wiem, że nie udałoby mi się to. Zmiany wprowadzam powoli, ale za to na zawsze. Nie chcę szkodzić innym. Powtarzam to jak mantrę: nikt nie dał mi prawa, żeby decydować o losie innych, nieważne ,czy jest to człowiek, pies, krowa, czy łosoś.

Która z gałęzi przemysłu spożywczego irytuje cię najbardziej?

W tej chwili zdecydowanie mleczarska.

A nie mięsna?

Obie są równie straszne. Jestem pewna, że za kilkadziesiąt lat ludzie nie będą w stanie uwierzyć, że zgotowaliśmy zwierzętom taki los. W cierpieniu wszyscy jesteśmy sobie równi. Przemysł mięsny jest barbarzyński. Zwierzę urodzone w strachu, hodowane w strachu, tragicznie traktowane, karmione antybiotykami i najtańszymi paszami trafia na nasz talerz jako produkt, a my ze smakiem jemy coś takiego. Karmimy się tą energią, toksynami wytworzonymi w stresie i nawet nie zadajemy sobie trudu, żeby pomyśleć o konsekwencjach. Jesteśmy tak skupieni na sobie, że bardzo często mamy w dupie własne dzieci, więc kogo będzie w takim wypadku obchodzić los świni czy krowy? Ale jest światełko w tunelu. Rosną świadomość i empatia, a w związku z tym potrzeba zmiany. Z roku na rok jest na świecie coraz więcej wegetarian i wegan. Mięso nie jest nam potrzebne do życia. Nasze zęby, nasz przewód pokarmowy bliższe są roślinożercom. Wie-my, że człowiek na diecie roślinnej żyje dłużej. Wychodzi na to, że naszym życiem sterują ignorancja, lenistwo i mafia spożywcza, która wmawia nam takie bzdury, jak ta o zdrowym mleku albo że witamina B12 jest tylko w mięsie! Nie dajmy sobie robić wody z mózgu. Mając w dupie Matkę Ziemię, masz w dupie siebie i swoje dzieci, wnuki i swoich braci mniejszych, którzy powinni mieć takie samo prawo do życia. Wszyscy jesteśmy ulepieni z jednej gliny.

Gadasz o tym ze swoją rodziną, masz misję, uświadamiasz ludzi wokół?

Tak. I mam na koncie nawet kilka sukcesów. Cały czas przez swoje media społecznościowe nawołuję i szerzę wesołą wegetariańsko-wegańską nowinę. Myślę, że przekonałam już do diety bezmięsnej przynajmniej kilkadziesiąt osób. Dostaję często wiadomości na insta, że dzięki mnie ktoś przestał jeść mięso i czuje się lepiej, lżej itd. To są wiadomości, które „robią mi dzień”, serce mi rośnie. To daje siłę do działania.

Czasami zawładnie nami jakiś gastrodemon. Zdarzają ci się kulinarne grzeszki?

Tak. Winko mnie czasami dopadnie. Alkohol strasznie, ale to strasznie zakwasza organizm, a to pożywka dla okropnych choróbsk, takich jak chociażby rak. Ale co zrobić. Czasem zdarza mi się też opitolić frytunie albo oreo (wegańskie!). No i uwielbiam lody z Wegestacji. Ale jeśli jesteś weganinem albo wegetarianinem, to na dobrą sprawę zmniejsza się lista potencjalnych zagrożeń. Zjesz dobre daktyle i nie potrzebujesz już czipsów czy fast foodów.

Foto: Filip Skrońc

Gotujesz w domu, bo chcesz wiedzieć, co jesz, czy chodzisz do foodystycznych świątyń, knajp i restauracji?

Uwielbiam odwiedzać nowe wegeknajpy w stolicy, a wiesz przecież, że jest ich od cholery. Warszawa zajęła w rankingu Happy Cow trzecie miejsce na świecie w kategorii liczba wegańskich knajp. Przegraliśmy tylko z NYC i Berlinem. Głupio z tego nie korzystać. Mam kilka swoich ukochanych miejsc, takich jak to, w którym jesteśmy, czyli Think Love Juices. Ale lubię też gotować i jeśli mogę, to chętnie to robię. Sprawia mi przyjemność gotowanie dla przyjaciół, mojego chłopaka czy rodziny. Rok temu byliśmy z moim Mariuszem w Portugalii na miesięcznym tripie i tylko kilka razy wylądowaliśmy w knajpie. Cały czas gotowałam, wszystko przygotowując na kuchni w naszym mikrokamperze. Zawsze wozimy ze sobą gigantyczne zapasy kaszy jaglanej, która jest naturalnym antybiotykiem i jest dobra na wszystko. Wtedy zawsze baza jest, a po warzywka skaczemy na lokalny bazarek. Bajka.

Jakie smaki wyniosłaś z domu Zborowskich?

Bób z koperkiem i czosnkiem robiony przez mamę oraz leczo jedzone z pajdą chleba, które przyrządzał zawsze tata. Tylko wtedy (niestety) wkrajał do środka parówki lub kiełbę. Fujka.

Jesteś zupiarą, fanką drugich dań czy specjalistką od kanapek i sałatek?

Jestem specjalistka od deserów. Ha ha. A tak na poważnie, to jestem zupiarą, specjalistką od drugich dań i specjalistką od kanapek i sałatek, i deserów!

Na talerzu Picasso czy kopiec kreta?

Oczywiście fajnie, jak jedzenie jest ładnie podane, ale przecież nie to jest najważniejsze. Wierzę w to, że kopiec kreta ze wszystkiego może być dobry, i wiele razy przekonałam się, że tak jest. W Kambodży na przykład trafiliśmy do obskurnego baraku z jedzeniem, które nie wyglądało zbyt dobrze, ale było absolutnie przepyszne. Wracaliśmy tam co drugi dzień.

Oprócz tego, że stworzyłaś sobie food alternatywę, mam wrażenie, że stworzyłaś też z Mariuszem alternatywną rzeczywistość na Kaszubach.

Mariusz jakiś czas temu wypiął się na system i jest w tym bardzo konsekwentny, co mnie troszeczkę denerwuje, bo nie ma go przy mnie tyle, ile bym chciała. Ale z drugiej strony każdy z nas robi to, co kocha, nie włazimy sobie na głowę i mamy czas, by realizować swoje pasje i za sobą zatęsknić. Mariusz tworzy coś, o czym marzył dłuższy czas, czyli ekologiczną, samowystarczalną wioskę w samym środku lasu. W tym roku po zaliczonych warsztatach permakultury odpalił ogród, pierwszy w życiu. I co? Mamy swoje ekopomidory, ogórki, rzodkiew, sałatę, rukolę. Oczywiście pomagałam, ile mogłam, ale nie było mnie tam codziennie, więc sukces jest absolutnie po jego stronie. Jak tylko mam chwilę, jadę tam choćby na dwa dni złapać oddech i poczilować z książką w hamaku nad jeziorem. Oprócz swoich warzyw mamy też swoje własne źródło z pyszną pitną wodą. Nikt nam jej nie zabierze i nie zabutelkuje. Nie uważasz tego za absurd? Butelkowanie i sprzedawanie wody? Co będzie następne? Tlen w buteleczkach na sprzedaż? Nie myślimy o tym, bo nie mamy czasu. Zapierdzielamy całe życie, żeby spłacać kredyty i kupować sobie pierdoły, których nie potrzebujemy. Chcemy mieszkać w superapartamentach w wielkich miastach, a przecież wszyscy tak w głębi serca jesteśmy z lasu. I to, co daje nam prawdziwe szczęście, to kontakt z naturą i drugi człowiek, którego się kocha.

Rozmawiał: Vienio

Foto: Filip Skrońc

 

Zofia Zborowska 

Aktorka, wielbicielka wegańskiej kuchni i zdrowego stylu życia.

Foto: Filip Skrońc