Świadomość granic – rozmawiamy z Olą Hamkało

Foto: Sonia Szóstak

Wygląda lepiej niż w „Sali samobójców” czy „Big Love”, gotuje jeszcze lepiej i jest najlepszą mamą świata. Ola Hamkało przed trzydziestką wie więcej niż niejeden przed czterdziestką. Pogodzona ze sobą, dogadana z własnym ciałem przeżywa właśnie najbardziej aktywny okres w życiu. Pędzi z planu na plan, angażuje się w organizację wydarzeń, stara się to wszystko połączyć z dbaniem o formę i nadrzędnymi wobec wszystkiego obowiązkami mamy.

Foto: Sonia Szóstak

Gdy zobaczyłem w oddali małą postać w dużym hiphopowym t-shircie, prującą po chodniku niczym BB-8, widziałem, że to ty. A mam kiepski wzrok.

To najbardziej pracowity czas, jaki miałam w życiu. Całym. Kiedykolwiek, serio! Przekraczam możliwości ciała i umysłu. Klęska urodzaju: albo zrobię te rzeczy teraz, albo nigdy. Wczoraj ostatni dzień zdjęciowy do „Exterminatora” („Exterminator. Faceci pragną mocniej”, heavymetalowo-festynowa komedia Michała Rogalskiego, premiera w styczniu), potem sesja dla Nike’a, jutro od 5.30 rano gościnna rola w serialu, którego jeszcze nie ma. I od razu pociąg do Wrocławia, gdzie współorganizuję Bakalie, czyli targi mody, dizajnu i młodej sztuki. Od półtora miesiąca działam od świtu do nocy.

Zdaje się, że właśnie o Bakaliach rozmawiałaś przed chwilą przez telefon?

Aż mnie ucho rozbolało! Ich pomysłodawczyni Marianna Grzywaczewska zaprosiła mnie kiedyś do sesji wizerunkowej dla jej sklepu Cloudmine.pl z ubraniami i przedmiotami autorstwa polskich projektantów i artystów. Nie wchodzę w takie akcje – wiadomo, aktor handluje wizerunkiem, który z czasem zyskuje na wartości. Nie wiem dlaczego, ale wówczas się zgodziłam. Widocznie los tak chciał. I to był początek może jeszcze nie wielkiej, ale już pięknej przyjaźni. Dogadując zdjęcia, zgadałyśmy się też, że obie się staramy o dziecko. Potem na planie w wielkiej tajemnicy wyznałyśmy sobie, że się udało. Obu. Ciąże przeszłyśmy wspólnie, dziś prowadzamy się jako młode mamy. Kiedy Marianna powiedziała, że po dziewięciu latach chciałaby spróbować zrobić Bakalie też w innym mieście, zaproponowałam Wrocław i swoją pomoc. Tam studiowałam, mieszkałam, znam miejsce i ludzi, lokalną specyfikę. To niezbędne do organizacji takiej imprezy. We wrocławskie Bakalie zainwestowałyśmy dużo pracy i pieniędzy, za pierwszym podejściem wyjdzie pewnie na zero.

Dokąd biegniesz dalej?

Teraz na szczęście wszystko inne się kończy, zostaje tylko „Na dobre i na złe” – intensywność zawodowa idzie sinusoidą. Jeżeli narzędziami pracy są charyzma, osobowość, kreatywność, trzeba umieć przerwać. Zaszyć się gdzieś, czerpać z życia coś… Coś innego, co jest jego istotą. To konieczne, aby taka robota była jakościowa. Dziś odpuściłam casting. Bo co by było, jakbym przypadkiem wygrała?

Kiedy się zatrzymasz?

Jestem mamą rocznego dziecka, ono mnie potrzebuje i ja potrzebuję jego. W ostatnich tygodniach doszło do tego, że na planie odpalałam zdjęcia Jagny na komórce. Teraz więc zajmę się życiem!

Foto: Sonia Szóstak

Jak w to zamieszanie zawodowe wplatałaś treningi?

Rzadko udawało mi się wyrwać choćby chwilę. Dzień przed sesją dla Nike’a postanowiłam, że zaliczę wieczorem jakieś ćwiczenia, bo przecież będę świecić brzuchem przed aparatem. Wróciłam do domu i… odpuściłam. Zrozumiałam, że to by było bardzo nie fair wobec samej siebie. Przecież jedyna rzecz, jakiej potrzebowałam, to sen, chill. Im więcej masz pracy, tym trudniej znaleźć przestrzeń na szacunek do własnej osoby.

Ćwiczysz w pokoju? Jane Fonda z VHS?

YouTube na laptopie. To najlepsza opcja, gdy mam 45 minut. Wjeżdżam z jakimś programem z netu albo z aplikacji NTC. Stawiam zazwyczaj na HIIT [high-intensity interval training – red.] – ostry trening interwałowy lub cardio plus siłowy – to naprawdę daje mięśniom w kość. Chodzę też na jogę – hathajogę, jogę klasyczną. Ale to półtorej godziny ćwiczeń, dojazd i powrót…

Twojego Instagrama przeglądałem lekko zawstydzony. To figura topmodelki w słodko erotycznych pozach.

Swoją drogą to dosyć interesujące, że z ponad 400 zdjęć, na których najczęściej pojawiają się jedzenie, obrazy, książki, jakieś elementy miejskiej przestrzeni czy relacje z planu, zapytałeś właśnie o te 3, które mogłyby być oznaczone hashtagiem #sexy. Nie ukrywam zadowolenia z faktu, że będąc mamą i tyle zasuwając, udaje mi się trzymać formę. Przez całe liceum walczyłam ze swoim ciałem; beznadziejne nastawienie. Budowanie formy nie może być pojedynkiem, ciało to nie wróg. Przepraszam za banał, ale banały często są najmądrzejsze. Spędzałam więc 2,5 godziny dziennie na siłowni i zajadałam to jogurtem 0% z płatkami fitness, co było megazłe. Nie tylko dlatego, że jogurt 0% i płatki fitness są megazłe – bo są. Po latach zrozumiałam, nie na zasadzie olśnienia, raczej procesu, że z organizmem trzeba współpracować. Szanować się nawzajem. Zwracać uwagę na miesięczny cykl kobiety. Z czasem okazało się, że się z tym ciałem całkiem dobrze się dogadujemy. Nie mam dziś wyrzutów sumienia, gdy odpuszczę trening. Dobrze wiem, gdzie leży moja granica między lenistwem a potrzebą odpoczynku.

Foto: Sonia Szóstak

Czy to podejście zbudowane na konkretnej filozofii? Joga style?

Mój nauczyciel jogi podkreśla, że nie jest ona sportem wyczynowym. Inaczej jest w przypadku trenerek fitnesówek – kiedy czujesz, że już nie możesz, to znaczy, że możesz, że musisz jeszcze bardziej docisnąć. Spoko, ja to też lubię. Podobnie jest w bieganiu – kiedy nadchodzi taki moment, że już nie dajesz rady, pokonaj to, przetrwaj pięć minut, a pobiegniesz kolejną godzinę. W jodze zaś granic się nie przekracza tylko je przesuwa. Jedni łapią się za palce u nóg, dla kogo innego wyzwaniem jest dotknięcie dłońmi kostek. I tak trwa w tej pozycji 10 cm przed stopami. Na następnym treningu to może być 7 cm. Aktualnie w jodze przesuwam swoje granice, gdy stoję na rękach czy przedramionach.