„Straight Outta Compton”. Chłopaczki z sąsiedztwa

Czarnuchy z charakterem, czarnuchy z temperamentem, czarnuchy z humorami – jakkolwiek by nie przetłumaczyć Niggaz Wit Attitudes – jak brzmiało rozwinięcie nazwy jednej z najważniejszych grup w historii rapu – wiadomo, że panowie wchodzący w jej skład nie należeli do najsympatyczniejszych. I nawet jeśli prym w dzisiejszych serialach i filmach wiodą niegrzeczni chłopcy, którzy pod osłoną nocy produkują metamfetaminę lub mordują ludzi, to w gruncie rzeczy w porządku z nich goście i do wielu czynów by się nie zniżyli. Nie czerpaliby profitów ze stręczycielstwa, nie sprzedawali narkotyków kobietom w ciąży, nie zatłukli – nawet najbardziej marudnej – dziewczyny na śmierć, by później stroić sobie żarty kopiąc jej bezimienny grób. No, a chłopakom z N.W.A. się zdarzało. Przynajmniej na płytach, ale wieść gminna niesie, że nie tylko. I tego wszystkiego w filmie „Straight Outta Compton”… nie zobaczycie. Podobnie jak narkotyków w „Jesteś Bogiem”, dużo bardziej wstrząsającej prawdy o życiu Billie Holiday niż w nie-takim-znowu-strasznym obrazie „Lady Sings the Blues” czy choćby przez chwilę trzeźwego Morrisona w „The Doors”. Prawda życia, prawda ekranu.

I choć fani mogą być oburzeni tym, że będący nie tylko konsultantami, ale także producentami filmu Dr. Dre i Ice Cube wybudowali sobie i swoim kamratom pomnik, a swe równie przełomowe co często dyskusyjne poczynania zamienili w laurkę, to reżyser filmu F. Gary Gray świadomie położył nacisk na rolę, jaką grupa odegrała w budzeniu świadomości czarnych i walce o prawa swojej społeczności.

 

 

Ponad dwugodzinna historia wzlotów i upadków pięciu chłopaków, którzy z kalifornijskiego getta weszli na szczyty list przebojów i sceny największych klubów USA, pełna jest starć z cenzurą, rasistowskim aparatem „sprawiedliwości” i czyhających na ich zarobki sprytnych managerów. I choć w chlipiących raz po raz gangsta raperów uwierzyć nie zawsze jest łatwo, to świetnie obsadzeni młodzi aktorzy pozwalają uwiarygodnić tę – rzadką nawet jak na Stany – afroamerykańską wersję kariery od zera do bohatera.

Znaczona kolejnymi singlami, albumami i skandalami droga twórcza N.W.A. pozwala autorowi kultowego „Piątku” odmalować nie tylko przełomowy moment w historii hip-hopu, ale także zamknąć w kadrze niezwykle newralgiczny okres w historii rasowych tarć w Ameryce: Los Angeles przełomu lat 80. i 90. w którym funkcjonariusze na oczach kamery bestialsko znęcali się nad Rodney’em Kingiem, zamieszki tłumiła Gwardia Narodowa, a jedyną nieoficjalną relację z tych zajść zdawał rap. Rap, który w „Straight Outta Compton” pełni rolę katalizatora, a nie pierwszoplanowego bohatera i dzięki temu zyskuje rolę języka zrozumiałego dla każdego, nie tylko dla fanów. Ci natomiast, kiedy utyskiwać będą na to, że ich idole przypominają na ekranie ugrzecznionych bohaterów hollywoodzkich blockbusterów, zawsze mogą po seansie odpalić sobie numer o tym samym tytule co film. Nikomu innemu nie uszło w mainstreamie na sucho strzelanie z broni automatycznej do kobiet.

 

„Straight Outta Compton”

reż. F. Gary Gray

USA 2015

 

Dodaj komentarz