Stolica samotności – recenzja filmu „21 x Nowy Jork”

źródło: Against Gravity

Film „21 x Nowy Jork” sytuuje się na antypodach poprzedniego obrazu Piotra Stasika – słynnego „Dziennika z podróży”. Nie chodzi tylko oto, że dokumentalista przeniósł się z polskiej prowincji do jednej z największych metropolii świata. Diametralnej zmianie uległ też nastrój towarzyszący reżyserskiej refleksji. O ile „Dziennik…” przypominał pogodną powiastkę filozoficzną o możliwości odnalezienia życiowe gosensu, o tyle w nowym filmie dominuje nastrój schyłku, wyczerpania i marazmu.

Na całe szczęście Stasik potrafi powstrzymać się przed popadnięciem w kaznodziejstwo. Zamiast snuć jałowe monologi o wielkomiejskiej samotności, polski twórca stawia na poetyckie niedopowiedzenia. Ponad wszystko jednak preferuje opowiadanie obrazem. Przewijające się nam przed oczami migawki z nowojorskiego metra sprawiają wrażenie jednocześnie ponurych i dziwnie hipnotyzujących.

Być może właśnie w tej ambiwalencji kryje się sedno reżyserskiego myślenia o tytułowym mieście, ukazanym jako stolica pięknej pustki i blichtru, pod którym skrywa się tylko frustracja. Zaprezentowana w „21 x…” realizacyjna biegłość pozwala dostrzec w Stasiku jednego z najbardziej wytrawnych stylistów współczesnego polskiego dokumentu, któremu już wkrótce może być pisana kariera na miarę Michała Marczaka.

Na razie twórca „Dziennika z podróży” udowadnia, że ma w sobie niezbędną do osiągnięcia międzynarodowego sukcesu zuchwałość. Po obejrzeniu „21 x…” zyskamy nieufność wobec kilku nowojorskich mitów i już nigdy nic spojrzymy tak samo na powiązane z tym miastem komedie romantyczne.