Spring Break – czyli muzyczny przebiśnieg

Organizatorzy festiwalu Spring Break to prawdziwi myth-bustersi strasznych legend o naszym niewdzięcznym rynku muzycznym. Po raz kolejny okazało się, że chcieć to móc. DIY rządzi!

Wiemy, och, bardzo dobrze wiemy, jaka jest kondycja naszej młodej, rodzimej sceny – w jakich okolicznościach przychodzi tworzyć początkującym artystom, jak ciężko zaistnieć w mediach, wreszcie jaki jest feedback wśród szerokiej publiczności; i z drugiej strony – co proponuje część z nich, że nam, dziennikarzom muzycznym, przychodzi niejednokrotnie wzdrygnąć się na samą o myśl o pisaniu recenzji. Nikomu nie jest łatwo.

Trwający od czwartku do soboty poznański event, wzorem odbywającego się w Brighton #TheGreatEscape czy największej tego typu imprezy w Europie, Eurosonic Noorderslag w Groningen to #showcase – festiwal mający za zadanie przedstawić nowe muzyczne twarze nie tylko publiczności, ale przede wszystkim branży. To właśnie na takich imprezach promotorzy, managerowie, A&Rowcy i dziennikarze łowią wschodzące gwiazdy. U nas, przy specyfice polskiego rynku, te proporcje powinny być nieco inne.

Przy słabej frekwencji koncertów w nadwiślańskich klubach udział publiczności, fanów, czyli docelowego odbiorcy muzyki jest równie pożądany. Organizatorom udało się przy skromnych środkach (choćby brak wsparcia ze strony urzędu miasta) zrealizować wszystkie te cele. Przyjazna uczestnikom impreza rozlała się po klubach w centrum Poznania, za kwaterę główną obierając #CentrumKulturyZamek. To właśnie tutaj odbywały się warsztaty oraz najważniejsze występy. Wszędzie było łatwo trafić pędząc z gigu na gig, a wcześniej zaplanować koncertowy szlak, nawet będąc na bakier z naprawdę pokaźną listą wykonawców. Równie pokaźna była lista branżowych delegatów – znak że środowisko potraktowało Spring Break poważnie, choć (o ironio!) odbywał się on w tym samym czasie co Fryderyki. No i wszędzie można było spotkać ludzi z festiwalowymi opaskami na rękach (co zawsze przyjemnie jednoczy!) bo impreza wyprzedała się do ostatniego biletu. Chyba nikt, w tym i my, nie spodziewał się takiego zainteresowania w większości w końcu mało znanymi artystami, choć uczciwie przyznać trzeba że najpewniej większość publiczności przyciągnął debiutujący jako solista Artur Rojek oraz Kamp!, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat od premiery ich pierwszej płyty wyrośli na gwiazdę – nie tylko sceny niezależnej.

Ale to nie największe nazwiska sprawiły, że wyjeżdżaliśmy z Poznania dobrej myśli, a właśnie kilka mniej, lub całkiem wręcz nieznanych.Już pierwszego dnia zamietliśmy czapką przed Weeping Birds, którego lider Rafał Ptaszyński to jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów, których jeszcze prawdopodobnie nie słyszeliście. Demony, szaleństwo i brudne myśli. Na tle wielu obawiających się sceny, mikrofonu i swojskiego “co ludzie powiedzą” frontmanów to znakomita rzadkość. Dobrze wypadli beztrosko rock’n’rollowi Wild Books, potrafiący we dwóch zabrzmieć równie potężnie jak trzy lub czteroosobowa ekipa.

Swady nie zabrakło coraz lepiej radzącym sobie na rynku, chodzącymi własnymi ścieżkami Crab Invasion. Największe tłumy przyciągnęli przedstawiciele nurtu elektronicznego – coraz lepsi: Rubber Dots i Fair Weather Friends, obwołani nie tak dawno sensacją, młodziutcy The Dumplings i modni Xxanaxx – do tych ostatnich dołączył Tomek Makowiecki, któremu ostatnia zmiana stylistyczna bardzo wyszła na dobre.

Nie zawiedliśmy się występem Klavesa – producenta idącego śladami duo Disclosure i przywołującego modę na odświeżony Detroit house, chociaż brakowało tam elementu show, tak ważnego przy graniu takiej muzy na koncercie. Całkowitym objawieniem zaś okazał się kwartet Patrick The Pan. Dwóch gitarzystów z akustykami (jeden śpiewający), basista i bębniarz wykreowali w doskonale brzmiącej sali Zamku intymną atmosferę, łącząc estetykę neurotycznych ballad Radiohead czy Lenny Valentino z organicznym i plastycznym brzmieniem kontabasu i postrockowej perkusji. Całości dopełniała niewymuszona, urzekająca konferansjerka.

Trzy dni beztroskiej atmosfery muzycznego święta, ułatwiającego wymianę kontaktów, pomysłów i dzielenia się refleksjami, a przede wszystkim obcowania z muzyką. Trzymaliśmy za Spring Break kciuki zdając sobie sprawę, że od tej pierwszej edycji będzie zależeć to, czy odbędą się kolejne i czy otworzy to szansę, by krok po kroku zmieniać muzyczną rzeczywistość w Polsce. Wszystko wskazuje na to, że się udało i spotkamy się znów, w jeszcze liczniejszym gronie, za rok.

Jeśli chcecie być na bieżąco z tym co się dzieje u organizatorów Spring Break – wejdźcie na ich facebooka TUTAJ.