Spotkanie na planie – wszystko lekko się zmienia

Gdy otworzyliśmy pierwsze studio, mieliśmy fazę na takie męskie zajęcia: szlifowanie, piłowanie, te sprawy – mówi Wojtek Rudzki, a Mateusz Nasternak dodaje: – Wojtek zespawał wieszaki, zrobił stoły. – Jesteśmy fotografami. Cały czas się uczymy – podsumowuje Wojtek. Spotykamy się w ich studiu, które nazwali Jasna Sprawa. Gdy wejdzie się do środka, oświetlonego wiosennym słońcem wpadającym przez ścianę okien, nie ma się wątpliwości, skąd ta nazwa.

Czasem zaglądają tu ludzie z ulicy, zaciekawieni wnętrzem. Wchodzą i proszą o kawę, myśląc, że to kawiarnia. I ja im tę kawę zawsze chętnie robię – mówi Mateusz. Gdy pytają, ile płacą, a Mateusz odpowiada, że nic, że mu miło, że zajrzeli, są często zawstydzeni, ale przekonuje ich, że niesłusznie. Że fajnie, że się spotkali. Bo w fotografii najciekawszy jest kontakt z człowiekiem – podkreślają obaj. –

Bardzo dużo czasu w tej pracy spędzasz z ludźmi. Sam akt fotografowania jest już zwieńczeniem całego spotkania. Zanim zrobimy komuś zdjęcie, siedzimy razem, rozmawiamy, poznajemy się. To jest odkrywanie ludzi, docieranie do człowieka

– opowiadają.

Ludzi często trzeba oswoić, nie wszyscy są siebie świadomi, dla niektórych to jest przełomowe doświadczenie, ważne przeżycie. Odkrywają w sobie różne cechy, emocje. – Jak kogoś fotografuję, opowiadam mu, co widzę i ludzie są często zdziwieni sobą, tym obrazem, jaki widać na zewnątrz – kontynuuje Mateusz.

Ale na spotkanie nie zawsze jest czas. Mateusz fotografował niedawno szwedzką królową. Plan jej pobytu w Polsce był bardzo napięty, na zrobienie portretu miał dwie minuty. Po 30 sekundach wiedział, że się udało. Podziękował, każde z nich poszło w swoją stronę. Ale zdarza się też, że spotkania się nie kończą, że poznani po drugiej stronie obiektywu ludzie zostają w ich życiu. – Mam taką historię – ożywia się Mateusz. Robiłem zdjęcie Mai Sobczak, dziewczynie prowadzącej bloga kulinarnego Qmam kaszę. To był styczeń, brzydki, smutny dzień, strasznie nie chciało mi się tego robić. To w ogóle nie był mój dzień. A ona przyszła na plan z taką energią, że obdarzyła mnie nią nie tylko na ten dzień, ale wręcz na cały rok, który zaczął się dzięki niej świetnie i już taki pozostał. Obudziła we mnie jakieś światło – opowiada. Współpracują zresztą do dziś, Mateusz robił zdjęcia do wszystkich jej książek. Ona gotuje, on fotografuje, a potem razem wszystko zjadają, świetnie się przy tym bawiąc. O tym, że ich praca daje niesamowite możliwości spotkań z ludźmi, mogliby opowiadać bez końca. – Wchodzimy do miejsc, które normalnie byłyby dla mnie niedostępne. Poznajemy ludzi, których inaczej byśmy nie poznali. Ktoś nas wpuszcza do swojej pracowni, pokazuje zaplecze, dzieli się wiedzą, opowiada o swojej pracy, a potem i życiu. To jest jak niekończąca się wycieczka szkolna! – śmieją się. Mateusz wspomina, jak fotografował Papcia Chmiela. –To było coś! Najpierw jako dzieciak uciekasz ze szkoły, żeby czytać „Tytusa, Romka i Atomka”, a potem jako dorosły możesz swojego idola odwiedzić, zrobić mu zdjęcie i jeszcze dostać rysunek z dedykacją!

Dzięki pracy mogli także siebie nawzajem poznać. Pierwszego dnia asystent fotografa Mateusz Nasternak, były prawnik, zmywał gary. Dwa lata później do tego samego studia trafił Wojtek, były nauczyciel języka polskiego. Również na sam dół drabiny – zaczął od parzenia kawy. – Mateusz nie chciał nawet ze mną gadać, bo on już był ponad to, już był asystentem – śmieje się Wojtek, a Mateusz wyjaśnia: – No bo przychodziło mnóstwo praktykantów, większość chciała iść na skróty i zaraz się wykruszali, więc nie zwracałem na nich uwagi. Ale okazało się, że Wojtek to tak na poważnie.

W tej chwili zza swojego komputera odzywa się siedzący z boku Kacper, ich współpracownik: – A wiesz, jak mnie przetestowali? Dali mi do mycia akwarium ze zdechłą miesiąc temu rybą… – No i udowodnił, że mu zależy – śmieje się Mateusz. – Tak jak mówiłem, sesja jest zwieńczeniem całego procesu. Czasem trzeba zrobić ludziom kawę, zaproponować coś do picia i po nich pozmywać. Normalna rzecz – dodaje.
Ta kawa jest ważna. Gdy Wojtek i Mateusz w końcu otwierali własne studio, na jej wybór i naukę parzenia poświęcili miesiąc. –

Chodziło nam o stworzenie miejsca, w którym ludzie będą się dobrze czuć, w którym będą się rodzić fajne pomysły, będzie można przyjemnie spędzić czas. Wtedy też zdjęcia są lepsze. Miejsce, w którym przebywasz, wpływa na ciebie

– opowiada Mateusz. – To nie jest tak, że to są dwie różne rzeczy: studio fotograficzne i miejsce spotkań. Idea jest taka, że to jest tożsame. Praca wypełnia nam życie, więc musi być przyjemna – tłumaczy Wojtek.

– Jeśli urządzasz się w taki sposób, że praca jest twoim życiem, a w przypadku wolnych artystycznych zawodów właśnie tak się dzieje, to nie możesz niczego odkładać na „po pracy”: odpoczynku, przyjemności, przyjaciół. Musisz tak sobie wszystko urządzić, żeby to połączyć – podsumowują.
Obaj podkreślają, że wolny zawód nie znaczy, że jest się wolnym. Często wręcz przeciwnie. – To wymaga ogromnej determinacji, czasem pracujesz bez przerwy, nie mogą cię boleć zęby, nie możesz mieć problemów, nie ma chwili na odpoczynek – wylicza Mateusz. – Pamiętam, jak przychodziłem do studia, ktoś mi powiedział, że jest tu taki koleś, który nigdy nie śpi i popija kawę redbullem. To o tobie było – wtrąca ze śmiechem Wojtek, a Mateusz przyznaje: – Tak, Wojtek uczy mnie dbania o siebie i odpoczynku, troski o to, żeby praca była przyjemna.

– Trzeba dążyć do tego, żeby to codzienne życie nas satysfakcjonowało. Nie ma co czekać na to „kiedyś”, na „później”. Życie jest za krótkie, żeby na coś czekać. Trzeba się nauczyć czerpać satysfakcję z tego, co się ma na co dzień – rozwija myśl Wojtek. – To, co jest tu i teraz, jest dojrzałe i do jedzenia. To, co przed tobą, jest zielone i niedojrzałe, a to, co za tobą, zgniłe i nic ci już po tym. Tego się nauczyłem.

Oczywiście trzeba patrzeć do przodu, wyznaczać sobie kierunki, pamiętać, że wszystko się nieustannie zmienia. Ale przede wszystkim cieszyć się tym, co jest teraz

– podsumowuje.

Gdy pytam, skąd właściwie im się ta fotografia wzięła, Mateusz opowiada o swoim ojcu, fotografie z zamiłowania. – Miał mnóstwo aparatów, lamp błyskowych… Uwielbiałem je odpalać i strzelać sobie w oko, byłem zakochany w dźwięku migawki. Siedziałem na parapecie i oglądałem świat przez obiektyw, bardzo mi się podobało to, że można sobie ten świat przybliżyć – wspomina. Któregoś dnia poprosił ojca, żeby dał mu jeden ze swoich aparatów. Dać nie chciał, ale zaproponował sprzedaż. Założył siedmioletniemu wówczas Mateuszowi zeszyt i przez miesiąc zapisywał godziny przepracowane w ich gospodarstwie. – I wypracowałem ten aparat. To był świetny ruch z jego strony. Gdyby mi go dał, pewnie by mi się szybko znudził. A on go we mnie zakorzenił – opowiada.

Wojtek z kolei zastanawia się chwilę, a potem mówi, że dla niego w fotografii najciekawsi zawsze byli ludzie. – To spotkanie. Skracanie dystansu, poznawanie ich historii. Gdy robi się komuś zdjęcie, można go zapytać o rzeczy, o których z obcymi się nie rozmawia. Właśnie to zdecydowało, że postanowiłem zostać fotografem: to zbliżenie do ludzi, ten kontakt jest dla mnie najważniejszy.
– Gdy Wojtek zrobi świetną sesję, jestem autentycznie na niego zły – uśmiecha się Mateusz. – Tak, jak Mateusz się wścieka, to wiem, że zrobiłem dobre zdjęcie.

Wojtka i Mateusza rady, jak zrealizować swoje marzenie, gdy wszystko sprzysięga się przeciwko tobie.

Nie rób nic na siłę. Taką naukę wyciągnęliśmy z naszych doświadczeń. Tak było np. z pierwszym studiem. Bardzo się na nie nakręciliśmy, ale wszystko szło pod górkę, wszyscy nam tamto miejsce odradzali. I w końcu odpuściliśmy. Okazało się, że bardzo dobrze zrobiliśmy, bo budynek wkrótce potem wyburzono. Znaleźliśmy nowe miejsce, które jest po prostu fantastyczne!

Miej otwarte oczy. Zmiany przychodzą same, nie można ich przyspieszać, trzeba po prostu mieć otwarte oczy. Często jest tak, że życie samo pokazuje ci drogę, ale ty jesteś tak zafiksowany na jakimś pomyśle, że ją przegapiasz. Z nami było tak: przechodziliśmy ulicą, weszliśmy w bramę i zagadaliśmy z panem, który palił papierosa, czy nie zna jakiegoś fajnego miejsca w okolicy. Nie znał, ale dał nam numer do windziarza, który znał. Jak tam weszliśmy, wiedzieliśmy, że to jest to. Życie mówi: patrz! Nie chcemy wychodzić na takich znowu mistrzów zen, ale trzeba umieć odpuszczać i być uważnym.

Nie bądź w tym sam. Żaden z nas nie chciałby robić w pojedynkę tego, co robimy. To by było po prostu nudne. Dobrymi rzeczami trzeba się dzielić, a w trudnych sytuacjach dobrze mieć kogoś, kto pomoże ci odzyskać perspektywę i odblokować się, jak się na czymś zafiksujesz.

Nie myśl źle o innych. Konkurencję warto raczej cenić, niż z nią rywalizować. Wychodzimy z założenia, że gdy twoja konkurencja ma się dobrze, to ty też będziesz się tak miał. Poza tym szkoda energii na złe emocje.

Foto: Mateusz Nasternak i Wojtek Rudzki