Spotkanie na mieście – Vienio

Vienia tylko raz ktoś próbował zmienić na siłę. Był wtedy jeszcze dzieciakiem. Leworęcznym. – Wujek nie mógł się z tym pogodzić, przekładał mi na siłę wszystko do prawej ręki i pilnował. Bo to nieładne, bo jakoś tak nienormalnie. W końcu się zbuntowałem i kazałem mu się odczepić. Jestem mańkutem i koniec. Nikt nie będzie tego zmieniał na siłę!

Od tego czasu sporo się zmieniło. Dziś Piotr Więcławski ma na koncie kilkanaście płyt, status jednego z najlepszych polskich raperów i kwitnącą karierę w… gastronomii. Choć z muzyką się nie rozstaje, prowadził już swój program kulinarny w telewizji, wziął udział w „Top Chefie”, organizował imprezy wokół jedzenia. Wciąż jest przede wszystkim raperem, ale trochę innym. Grał w filmach, reżyserował teledyski i dokumenty krótkometrażowe, pracował w radiu. – Te wszystkie drobne zmiany i nowe zajęcia świetnie wietrzą mi głowę, bo człowiek czasami potrafi się zafiksować na jednej rzeczy i to nie jest dobre. Lekkie zmiany są potrzebne – podkreśla. Ale nie wszystkie zmiany wynikały z jego inicjatywy, czasem przychodzą same. – To się często dzieje przypadkowo. Tak było choćby z moją pracą w radiu: zadzwonił do mnie Mikołaj Lizut i mi ją po prostu zaproponował – wspomina. A czasami to sytuacja musi dojrzeć, nie da się zmian przyspieszyć. Tak było z reżyserowaniem. – Za czasów Molesty kręcenie teledysku kosztowało mnóstwo pieniędzy. Teraz każdy może się wypowiedzieć za pomocą nie tylko słów, ale i obrazków – mówi. Z kolei z gotowaniem było tak: jego mama wyjechała do Stanów pod koniec lat 80. – Przed wyjazdem mówi do mnie: „Masz tutaj zeszycik z przepisami, teraz ty gotujesz dla brata i dla ojca, bo oni sami nic ugotować nie potrafią”. No to siedziałem i gotowałem. I w sumie też zawsze to lubiłem: taka alchemia na poziomie domowym. Woda, dwa ziemniaki, grzyb i masz zupę. Z czasem, powoli, nauczyłem się robić bardziej skomplikowane rzeczy, teraz już cały świat w przepisach przerobiłem – zdradza. Podróżowanie jest, zdaniem Vienia, sprawą kluczową dla zmian, które dokonują się w polskich miastach. – Ważną, powoli dokonującą się zmianą, która moim zdaniem umożliwiła wszystkie inne, jest to, że zaczęliśmy więcej wyjeżdżać, studiować za granicą, podpatrywać miejskie trendy, sposoby życia, korzystania z miasta w sposób przyjemny – i potem realizować je u nas w bardzo ciekawy i kreatywny sposób – mówi. Najwspanialszą zmianą jest według niego to, że warszawiacy odkryli Wisłę. –

Pamiętam, jak jeszcze całkiem niedawno nad rzekę chadzali tylko wędkarze i pojedynczy amatorzy piwka pod chmurką. A dzięki młodym miejskim aktywistom Wisła stała się miejscem spotkań dla całej Warszawy, tu się latem odbywają najfajniejsze imprezy, koncerty, tu można miło spędzić czas ze znajomymi na co dzień

– mówi.

Chętnie wylicza miejsca i wydarzenia, które ten potencjał Bulwarów nad Wisłą jako miejsca spotkań wydobyły: – Barka chłopaków z Planu B, Pomost 511, Hocki klocki, zjazdy food trucków. To są niby drobne rzeczy, małe zmiany, ale o ile przyjemniej się dzięki nim żyje! Cały ten wielki bulwar, od Portu Czerniakowskiego aż do Centrum Kopernika, to jest jedno wielkie miejsce spotkań i to jest wspaniałe – cieszy się. I dodaje, że mieszczuchami zawładnęła gastronomia. Dla niego samego, jak przyznaje, jest ona mikroreligią. A jedną z najbardziej reprezentatywnych świątyń tej religii są niedawno otwarta po przebudowie Hala Koszyki. – Jak byłem małym chłopakiem, chodziłem tam na zakupy z mamą. A teraz: mnóstwo ludzi, mnóstwo jedzenia z całego świata w jednym miejscu, można spotkać znajomych, spróbować wielu rzeczy na raz – komentuje. Ale podkreśla, że bliższa jest mu inna świątynia jedzenia: Nocny Market. – To z kolei sezonowa świątynia undergroundu streedfoodowego. Świetne miejsce, które powstało dzięki inicjatywie młodych ludzi na terenie bardzo fajnego starego peronu kolejowego. Można zjeść tam wszystko, od pieczonego ziemniaka i burgera, przez ramen i krewetki po ostrygi – wylicza.

Vienio na brak zadowolenia z życia nie narzeka. – Ten mój lifestyle się sam z siebie tak fajnie ułożył, nie starałem się niczego forsować na siłę – mówi. Gdy zdał maturę, powiedział mamie, że będzie raperem, na żadne studia nie idzie. – Ale wtedy był tylko jeden kierunek: marketing i zarządzanie – śmieje się. – A ja nie chciałem nikim zarządzać, chciałem pisać piosenki i jeździć na koncerty. Moja mama, emerytowana nauczycielka języka polskiego, powiedziała: „Piotrek, rób to, co chcesz, bylebyś był szczęśliwy w tym życiu. Zapracuj na siebie i bądź zadowolony”. No i wyszło – od 20 lat robię to, co mnie kręci.
Dla Vienia równie ważni są jednak ludzie, którzy go otaczają. – Lubię towarzystwo, lubię gadać z ludźmi. Taki rytuał, to mnie inspiruje. Pogadasz ze sportowcem, nagle masz ochotę iść na siłownie. Ktoś ci opowie o fajnej książce, chcesz ją przeczytać. To właśnie napotykani ludzie nas budują, dają życiowego kopa. W samotności się dziczeje.

Foto: Mateusz Nasternak, Wojtek Rudzki

4 komentarze

Dodaj komentarz

-->