Skepta „Ignorance is Bliss” recenzja

Trzeba pochodzić w butach Skepty, żeby zrozumieć, co znaczy cyrkowy krok. Facet nie chce zawieść tych, którzy są z nim od początku, odciąć się od grime’owych korzeni, bo już to kiedyś zrobił. „Czempion mikrofonu” miał moment, w którym więcej było w nim Ibizy niż Londynu. Zamknął ten etap ładnych parę lat temu świetnym „That’s Not Me”. Z drugiej strony – skoro dojrzewa jako człowiek i artysta, posmakował zainteresowania szerszej publiczności (również tej za oceanem), to po co ma się ograniczać? Być może dlatego właśnie płyta jest melodyjna, opatrzona orientalnymi akcentami, czasem robi się wręcz rozśpiewana na modłę trochę amerykańską, trochę karaibską. Nawet kiedy jest tak wyspiarska, jak tylko być może – np. w łączącym R’n’B, garage i electro „Love me not” – pachnie radiowym letniakiem. Skepta nie waha się przy tym zrzucić paru bomb na plażę – „Going Through It” jest pocztówką z krainy trip-hopu, ostemplowaną basem wyrywającym się z ram, a finał z „Gangsta” i „Pure Water” to już brud, surowość i ciężar. Czemu to się nie rozłazi? Nie czuć kalkulacji, czuć charyzmę, a gospodarz owija w jedwab, jednak nigdy w bawełnę.

Tekst: Marcin Flint

Tagi