Do setki jeszcze trochę

Skręcamy z głównej trasy na oblodzoną drogę i zaczynamy toczyć się w stronę otwartej bramy. Alfa romeo, traktor, fiat i ani śladu minimorrisów. Mimo że to właśnie z pasji do tych samochodów miał słynąć właściciel warsztatu.

Szybko jednak okazuje się, że to, po co przyjechaliśmy, jest schowane. – Obojętnie, który z moich garaży otworzycie, możecie być pewni, że będzie w nim mini – deklaruje gospodarz Michał Knyziak i otwiera pierwsze wrota. W półmroku widać dwa klasyczne modele należące do jego klientów. Michał remontuje klasyczne mini, czasem przygotowuje je do jazdy sportowej. – W innych też stoją miniaki albo części do nich. W garażu obok trzymam same skorupy, które wymagają naprawy czy prac blacharskich. Sporo samochodów i części do nich mam na tyłach warsztatu. A w tamtym garażu jest lakiernia – oprowadza nas Michał. Klasyczne mini produkowano od 1959 do 2000 r. Na całym świecie z fabryk wyjechało około sześciu milionów egzemplarzy. Model często występuje w filmach – prowadził go Michael Caine we „Włoskiej robocie”, Matt Damon w „Tożsamości Bourne’a” i oczywiście Jaś Fasola. Pierwsze mini projektowano z myślą o sprawnym poruszaniu się po mieście, ale szybko okazało się, że auto można łatwo przystosować do szybkiej, wyczynowej jazdy.

Michał miniaków na warsztacie miał sporo. – Trudno zliczyć, ale myślę, że do setki jeszcze nie dobiłem. Pierwszy raz prowadziłem mini, mając 13 lat. Samochód kupił mój ojciec i remontował go właśnie tutaj, a ja czasem mu pomagałem – wspomina Michał. Potem ojciec Michała kupił następny wóz, ale żeby porządnie go wyremontować, potrzebował części, które w tamtych czasach bardzo trudno było dostać w Polsce. Dlatego ściągnął do warsztatu podobny egzemplarz, który nieużywany stał na pobliskim parkingu. A potem kolejny. Tę pasję do samochodów odziedziczył Michał. Na pierwszym roku studiów kupił rozlatujące się mini i sam je wyremontował. – Pożyczyłem go kiedyś bratu, bo jechał z kolegą na maturę. Dachowali w Powsinie. – Maturę trzeba było zdawać w następnym roku? – dopytuję. – A gdzie tam! Wysiedli z samochodu i poszli do najbliższego telefonu. Zadzwonił do mnie i powiedział, że miniak leży w rowie tu i tu, a oni jadą dalej. Jakaś kobieta ich podwiozła i zdążyli. Zdał – zdradza Michał.

Idziemy w stronę kolejnej bramy, za którą stoi pomarańczowe mini. – Mój – z dumą oznajmia. – Ma 140 koni, a waży niewiele, 760 kg. Wygrał konkurs na samochód roku organizowany przez angielski magazyn poświęcony mini. W październiku pojechałem pościgać się nim podczas dnia otwartego na torze w Słomczynie. No i go rozwaliłem – dopowiada. Michał wypadł z toru i wylądował kołem w dziurze. Jeszcze do samochodu nie zajrzał, ale przewiduje, że pewnie trzeba będzie naprawić zawieszenie albo przekładnię kierowniczą. Póki co wyprostował koło tak, żeby autem można było przejechać krótki dystans. Co w nim takiego niepowtarzalnego? – Wymyśliłem sobie konkretną deskę rozdzielczą, mocowanie klatki, układ foteli, wloty powietrza itd. Pod maską zamontowałem zmodernizowany silnik z kompresorem. Nikt przede mną takiego nie zrobił, to mój autorski układ – mówi Michał i otwiera pokrywę silnika, pod którą widzimy silnik z wygrawerowanym podpisem „Knyziak Motorsport”. – To pionierska konstrukcja. Miałem już jednego pomarańczowego miniaka, ale skończył tragicznie, bo dachowałem na torze w Biłgoraju. Wyleciałem w powietrze i spadłem na tylny narożnik, tyłem do kierunku jazdy. Trzeba było kupić kolejny samochód – podsumowuje.

Fanów mini nie brakuje. Część z nich oddaje swoje wozy w ręce Michała. On sam mówi, że są dwa typy pasjonatów. Jedni przyjeżdżają do niego, bo się ścigają i ich samochody często wymagają serwisowania. Drudzy odrestaurowują samochody jednorazowo i używają ich tylko od święta. – Jak remontuję komuś wóz, to staram się od razu doradzać konkretne rozwiązania. Nie wiem dlaczego, ale dużym popytem cieszą się np. chromowane wycieraczki i lusterka. A ja z doświadczenia wiem, że w chromowanych wycieraczkach po góra dwóch miesiącach rozpada się gumka, która tam jest, i przestają zbierać wodę. Z kolei lusterko chromowane ma plastikową podstawkę, więc łatwo ją zgubić, nie mówiąc o tym, że nic w nim nie widać. Ale co z tego, skoro dobrze wygląda! – śmieje się Michał. Po serii zdjęć pytam, co jest niezwykłego w tych samochodach. – Przyciągają jak magnes. Jak się raz wsiądzie, to nie chce się wysiadać. Poza tym te samochody bardzo dobrze trzymają się w zakrętach – nieprzypadkowo ich kierowcy wygrywali w latach 60. rajd Monte Carlo. Trudno to opisać, trzeba po prostu wsiąść i się przejechać – mówi Michał.

 

foto: Filip Skrońc