Sadzawka z oceanu – rozmawiamy z Gosią Wdowik

Foto: Paweł Starzec

Co znaczą gniew/wkurw/wściekłość/agresja i dlaczego przypisuje się je mężczyznom? O ostrej faceckości i tym, co się wiąże z wyrażaniem gniewu, opowiada Gosia Wdowik, reżyserka teatralna, której spektakl „Gniew” na czterech nastolatków i czterech aktorów ma premierę 21 września w Teatrze Powszechnym w Warszawie.


Gdy obok zwykłego lajka na Facebooku pojawił się emotek wkurzony, zastanawiałam się, do czego w ogóle się on przyda. Okazało się, że każdy post: o śmierci znanej osoby czy katastrofie ekologicznej, można nim opatrzyć. A jednocześnie nic nie daje takiego poczucia bezradności jak jego kliknięcie.

Gosia Wdowik: To paradoks, bo gniew jak żadna inna emocja nakręca nas do działania. Powstają nawet przestrzenie, które dają nam fikcyjne poczucie wyładowania gniewu, jak japoński format pokoju furii. Wchodzisz do pokoju – odzwierciedlenia twojego biura – i kijem bejsbolowym czy innym narzędziem możesz tam wszystko rozwalić. Jest to odpowiedź na frustrację pracowników japońskich korporacji. Format rozpowszechnił się na świecie, jest też taki w Warszawie. Przyjmuje on różne zasady, możesz na przykład puścić sobie piosenkę Rammsteina, żeby się nakręcić, albo w cenie biletu kupić różne sprzęty, które potem zniszczysz, a po wszystkim zafundować sobie półgodzinną medytację, żeby się wyciszyć. Zafascynowało mnie to, że tworzy się takie miejsca, gdzie możesz spotkać się z gniewem. Wielu psychologów uważa to za zdrowe, bo pozwala bez kontroli wyrazić swój gniew i według nich być w pełni sobą. Z drugiej jednak strony jest coś bardzo szkodliwego w takim tymczasowym rozładowaniu gniewu, co odbiera ci poczucie rzeczywistej sprawczości. Rozładowujesz energię gniewu, ale nie wykorzystujesz jego kreatywnej funkcji związanej z potrzebą zmiany otaczającej cię rzeczywistości. Dla mnie emotek „wrrr” daje właśnie takie pozorne wyładowanie. Do pokoju furii wracasz, bo twój gniew nie zmienił systemu, który tak cię wkurza.

W filmie Pixara „W głowie się nie mieści” gniew to czerwony ludzik, któremu płomienie buchają z głowy. Bo w gniewie się gotujesz. Wybuchasz, ale wulkan w tobie nie gaśnie. Masz dwa rozwiązania: albo pogodzić się z tym, jak jest, albo próbować coś zmienić. Czy gniew zawsze prowadzi do konstruktywnych rozwiązań?

Są osoby, które traktują gniew jak część swojej tożsamości. Bez niego nie wiedzieliby, kim są. Wkurza nas polityka, ale sposób jej prowadzenia ma też swoje korzenie w gniewie. Można powiedzieć: partia ludzi zagniewanych. Ale równocześnie podczas gali rozdania nagród jednego z festiwali słyszę w przemówieniach gniewny ton laureatów, którzy wcześniej czuli się niezauważeni, niedocenieni. Gniew bywa słuszny, podzielany, ale jest też gniew osobistej frustracji. Gniewem reagujesz, kiedy ktoś przekroczy twoje granice, które sama wyznaczasz. Na przykład granicę respektowania praw kobiet. Tylko że nie mamy tych samych terytoriów, twój gniew nie równa się mojej chęci ataku. Wściekłość może się przenieść z płaszczyzny politycznej czy zawodowej do domu, gdzie wyładowujesz go na bliskich. Wynika z tego, że nie czujesz, że możesz coś zmienić w przestrzeni publicznej. Ale widzę go jako siłę twórczą, na której efekty w Polsce trzeba poczekać. Sprawia, że zaczynasz kombinować, szukać rozwiązań. Nie trzeba się go wstydzić, bać się, jak inni go odbiorą, tylko pozwolić mu zmienić rzeczywistość. Zdaję sobie sprawę z tego, że to utopijne myślenie. Robiąc tryptyk „Strach” w TR Warszawa, „Gniew” w Powszechnym i „Wstyd” w Studio, zastanawiam się, czy te trzy emocje zostały zagarnięte przez system społeczno-polityczny. Często mówi się nam, jak powinniśmy je odgrywać, wyrażać i jakie powinny być ich atrybuty. W strachu czy gniewie, emocjach, które są zaraźliwe, podczepiasz się pod jakąś narrację i bardzo łatwo cię nią zainfekować. Gdy jesteś w tłumie na manifestacji, czy zawsze wiesz, co krzyczysz? Interesuje mnie indywidualna ekspresja gniewu, to, jak można go rozpracować dla swojej tożsamości. Nie szukam jednej metody dla wszystkich.

Gdy przestajesz być grzeczną dziewczynką, jak te z twojego spektaklu, i wychodzisz na ulice w czarnym proteście, wyrażasz gniew werbalnie i cieleśnie. Jeśli go nie wyrzucisz, zaczyna cię wyniszczać.

Fizjologicznie gniew to emocja, która aktywizuje całe ciało i przygotowuje cię do ataku. Więc jeśli połykasz tę energię, to może cię ona rozsadzić od środka. Gdy przygotowując się do najnowszego spektaklu, przeprowadzałam warsztaty z chłopcami, podzielili się oni ze mną znacznie większą ilością metod tłumienia gniewu niż wyrażania go. Krzyk w poduszkę, darcie papieru, walenie w ścianę, uderzanie w biurko, bezgłośne przeklinanie. Młodzi chłopcy wbrew pozorom bardzo tłamszą tę emocję w sobie, umieją dobrze ją ukryć.

Wydaje się, że młodzież płci męskiej, co jak co, ale wyżyć się potrafi.

Pracuję w „Gniewie” z dwoma grupami: chłopców od 12 do 15 lat i dorosłych aktorów. Nie spotkałam się u tych pierwszych z pełną gotowością do wyrażania gniewu. Wstydzą się go, na przykład nie są w stanie krzyczeć. Wielu przyszło mnie poprosić, żeby już nigdy nie musieli tego robić. Jeden próbował się schować za bezgłośnym krzykiem, imitował czynność bez wydawania dźwięku. Znalazło się też paru, którzy byli zachwyceni, że mogą wrzeszczeć. Wreszcie! Aktorzy weszli w to w pełni, ale równocześnie mówili, że mają problem z kontrolą gniewu, momentem, gdy zamienia się w agresję. Też zrobiliśmy sobie pokój furii. Wspaniale czuli się tuż po tym, jak wszystko zniszczyli, a pół godziny później mówili, że mają straszne poczucie winy. Wstyd jest połączony z gniewem i jeszcze go powiększa. Po wyładowaniu przeważnie chcesz przeprosić, uznać, że go nie było. Brak akceptacji dla tych uczuć pogarsza sprawę.

Dlaczego w „Gniewie” grają sami mężczyźni? Bo to uczucie stereotypowo przypisuje się właśnie im? Kibolom ze stadionu, rekrutom, którzy w wojsku robią falę.

Kiedy zrobiłam spektakl „Dziewczynki”, zgłaszało się do mnie wielu mężczyzn z prośbą, żebym zrobiła coś podobnego o chłopięcej wrażliwości, energii, która drzemie w chłopcach wieku dorastania. Poczułam intensywny brak, zwłaszcza takiej nowej, niestereotypowej męskości. Chciałam zderzyć chłopców z dorosłymi mężczyznami, bo nie tylko młodzi mają problem ze swobodnym wyrażaniem się. Mam wrażenie, że my, kobiety, dużo lepiej skontaktowałyśmy się ze swoim gniewem. Przygotowując spektakl, czytam teorie związane z gniewem: feministyczne, czarnej mniejszości, queerowej. Świetnie opowiadają o tym uczuciu. Tymczasem o gniewie białego mężczyzny, figury pozornie neutralnej, znalazłam niewiele. Pisze się o kryzysie męskości, ale o gniewie prawie wcale.

Bo wkurw stereotypowo przypisuje się ostrym facetom.

Najwyraźniej, choć to nie jest ten sam gniew i ta sama męskość co jeszcze dekadę temu. Dużo się zmieniło – mężczyźni muszą renegocjować swoją męskość i swoje przywileje wobec mniejszości: rasowych, seksualnych, wobec kobiet. Nie mogą już okazać gniewu tak jak kiedyś. Jest to kwestia powszechnie wyrażanej potrzeby poszerzenia pola reprezentacji, widzialności i szacunku.

Gdybyś robiła spektakl o gniewie z kobietami, byłaby to inna historia?

Tak, ale niezależnie od płci – gdybym wybrała innych chłopców, też byłaby to inna historia.

W „Piłkarzach” na scenie byli faceci, w „Dziewczynkach” – dziewczyny. Tu znów mężczyźni. Czy podziały płciowe są dla ciebie ważne? Jak się odnajdujesz w zespole jako kobieta?

Bardzo identyfikuję się z niemożnością wyrażania gniewu, tym, że trzeba go ukrywać. Czuję, że dzięki temu mogę dobrze zrozumieć chłopców, z którymi pracuję. Aktorom zazdroszczę swobody wyżycia się, a jednocześnie widzę tu problemy. W zespole realizatorskim są też kobiety: Marta Ziółek, choreografka, Dominika Olszowy, artystka wizualna, więc chodzi o zbudowanie wrażliwości na styku płci. Buduję proces, który pozwala nam wszystkim wspólnie przebić się przez zastane stereotypy i zarysować podskórne napięcia. Chcę spotkać kobiecą perspektywę z męskim bohaterem, który może odnaleźć więcej barw w swojej męskości.

Tytuły twoich sztuk brzmią naukowo, jakbyś badała kolejne grupy czy zjawiska.

Tytuł wyznacza dla mnie temat badań. Podchodzę do niego z ciekawością, a nie z tezą. Grupa, z którą współpracuję, pomaga mi o nim opowiedzieć. Gdy rozpoczynałam pracę nad „Dziewczynkami”, spodziewałam się, że będą one mocne, głośne, to był akurat temat na topie, wychowanie do feminizmu i tak dalej. Tymczasem moje bohaterki wcale nie chciały być ostre. We wrażliwości widziały swoją siłę. Często więc temat okazuje się czymś zupełnie innym, niż początkowo mi się wydaje.

Twoje tematy się łączą. Stworzyłaś laboratorium teatralne, w którym badasz różne kwestie. Co twoje spektakle zmieniają w tobie samej?

W „Gniewie” zamierzam opublikować cały proces badawczy, który mnie doprowadza do końcowego efektu. Żeby widz mógł zobaczyć tę drogę i wziąć z niej coś dla siebie. Tak jak ja. Bardzo dużo zmienił we mnie „Strach”. Myślałam, że będzie dokumentalny, zbiorę ocean czyichś doświadczeń i zrobię z niego sadzawkę spektaklu. Tymczasem emocja strachu jest bardzo indywidualna, mówi o strzępkach pamięci, intymnych doznaniach, indywidualnej wrażliwości. Musiałam siebie w nim przekroczyć, zwłaszcza estetycznie.

Aktorzy grają w maskach i kostiumach, jest ciemno, na środku sceny wielka dziura, widzowie w słuchawkach.

Dezorientacja estetyczna. Po spektaklu widzowie mówili, że to przestawienie o chorobie, strachu przed miłością, strachu przed śmiercią. Każdy rozumiał je na swój sposób. Nie proponuję widzom tradycyjnego tekstu, bo chcę im wytworzyć przestrzeń do kontaktu z tym, czego naprawdę się boją.

W „Piłkarzach” z offu puściłaś stek przekleństw.

Do „Piłkarzy” napisaliśmy z Krzyśkiem Szekalskim tekst o tym, jak piłkarze są ofiarami widowiska sportowego. Bohaterowie powiedzieli, że się z nim nie utożsamiają. Trzeba więc było go wyrzucić i opowiedzieć za pomocą ciała o sile, jaką czują piłkarze, a zarazem o tym, że ta siła jest porażką, a z tej porażki wychodzisz silny. Obelgi z forów internetowych leciały z offu. Pracuję kolektywnie, każdy ma wpływ na to, co znajdzie się w spektaklu, który jest opowieścią nas wszystkich, nie tylko moją.

Dlaczego?

To chyba mój sprzeciw wobec przemocy, jaka panuje w polskim teatrze. Ten system jest przemocowy, bo pewne osoby są w nim bogami, demiurgami i wolno im nie szanować nawet nie pracy innych ludzi, co ich samych. Rozumiem podział zadań, ale praca reżysera jest tu na równi z pracą inspicjenta, bo bez niego nie byłoby spektaklu. Liczba osób, które pracują na to, żeby widz zobaczył spektakl, jest niewspółmierna do tego, jaką atencją darzy się gwiazdę reżysera czy aktora. Oczywiście, że czuję większą odpowiedzialność za efekt końcowy, ale w polskim systemie przeraża mnie, że reżyser jest przesadnie istotny. Że pracownicy teatru nie uważają trzech miesięcy pracy nad spektaklem jako swoje, tylko moje. Chcę, żeby to było nasze. Daję przestrzeń i biorę innych pod uwagę. Szanuję zdanie innych i je negocjuję.

A jednocześnie każdy pilnuje tu swojego poletka i nie pozwala nic w nim zmienić. Reżyser przychodzi do technicznych, a oni mówią: nie znasz się, tak się nie da. Jak zrobić z teatru pole wspólne?

Ludzie są specjalistami w tym, co robią, i ufam im, że robią absolutnie wszystko, żeby się dało. Chcę dzielić się odpowiedzialnością. Od początku współpracuję z Aleksandrem Prowalińskim, reżyserem świtała, i jeśli on mi powie, że w reżyserii coś jest nie tak albo tu tekst jednak nie działa, to nie obrażam się, tylko biorę jego opinię pod uwagę. Trudno jest zachęcić ludzi do takiej demokratycznej pracy. Jeśli na co dzień funkcjonujesz w nierównościowym systemie, to nie od razu wejdziesz w to, co ja proponuję. Nauczyłam się, że ludzie mają opory i trzeba ich dopiero ośmielić. Nagle nie boją się powiedzieć, co im się nie podoba. I wtedy dla mnie zaczyna się naprawdę wartościowa praca.

W polskim teatrze trwa teraz proces równoległy: z jednej strony Lupa i jego wielcy następcy, indywidualiści, z drugiej – najmłodsze pokolenie, głównie kobiet, pracujących zbiorowo, robiących spektakle na pograniczu instalacji, akcji, tańca.

Ten pierwszy jest przestarzały, odchodzi w przeszłość. Myślę, że zmiana systemu powoli następuje, potrzeba nowego myślenia o instytucji. Przede wszystkim o szkołach artystycznych.

Ty z edukacji nie jesteś zadowolona. W szkole czułaś gniew?

Gniew, który musiałam połykać, i totalną bezradność. Czułam, że muszę stąd wyjechać.

I wyjechałaś. Wciąż wyjeżdżasz.

Tak, chciałam przeżyć i uciec. Notorycznie przekraczano moje granice. Czułam się słaba, byłam tylko studentką. Pojechałam więc do Giessen, gdzie wszystko było inaczej. Po latach mogę wreszcie swój gniew wobec warszawskiej Akademii wyrazić konstruktywnie. Wraz z siedmioma rocznikami studentów oraz absolwentów spotkaliśmy się z rektorem, mówiąc mu, że to, co dzieje się w szkole, jest patologią. Zaczęliśmy działać, mamy pomysły na wprowadzenie zmian. Gniew skierował mnie ku temu, żeby powiedzieć, że instytucja publiczna powinna dbać o poziom, nie krzywdzić studentów, profesjonalizować się, działać transparentnie. Wreszcie mam siłę, żeby powiedzieć: stop. Zaczęłam wymagać też od teatrów jako reżyser. Nie chcę pracować na gorszych zasadach jako młoda kobieta. Teatry powinny być równościowe. To, że ktoś daje mi szansę zrobienia spektaklu, znaczy, że coś sobą reprezentuję i grono moich współpracowników też. Po pół roku pracy w TR spotkaliśmy się z dyrekcją teatru na wzajemny feedback. Wynikało to z mojego gniewu wobec instytucji, w których wcześniej pracowałam. Zależy mi, aby tworzyć w dobrych warunkach i żeby instytucje działały inaczej, rozwijały się. Pokazać innym, że można, to właśnie kreacyjna część gniewu. Mój musiał czekać, ale wreszcie zaczyna być słyszalny.

Sprawiasz wrażenie osoby zrównoważonej. W gniewie mówi się, że ktoś wyprowadził nas z równowagi.

Czuję się kaleką mojego opanowania. Serena Williams na okładce „Timesa” mówi, że teraz nastał dla niej czas na bycie egoistką. A ja chciałabym teraz być gniewna, wkurzona i przełamać swoje opanowanie. Widzę, że gniew działa.

Rozmawiała: Adriana Prodeus


GOSIA WDOWIK ur. 1989
Reżyserka teatralna: w zeszłym sezonie autorka głośnych „Dziewczynek” w teatrze Studio, „Piłkarzy” i „Strachu” w TR Warszawa. Studiowała wiedzę o teatrze na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, reżyserię w Akademii Teatralnej w Warszawie, choreografię i performance w Instytucie Stosowanych Nauk Teatralnych w Giessen. Współtworzy niemiecką K.A.U. Kollektiv, grupę pracującą na pograniczu teatru, performance’u i sztuk wizualnych. Zaczyna studia w prestiżowej amsterdamskiej szkole DAS. Reprezentuje najmłodsze pokolenie w teatrze.

Dodaj komentarz