Rozmawiamy z Janem P. Matuszyńskim o jego filmie „Ostatnia Rodzina”

Czy dobry polski scenariusz można znaleźć tylko na Wikipedii? Jak zmierzyć się z mitem kultowego artysty i kto wymyślił reality show? Z Janem P. Matuszyńskim rozmawiamy o jego długo oczekiwanym filmie „Ostatnia rodzina” opowiadającym o Zdzisławie Beksińskim i jego bliskich.

Kawiarnia Relaks na warszawskim Mokotowie. Czekam na Janka, wiedząc, że nie będzie miał dużo czasu na rozmowę. Na koniec sierpnia przypada bowiem najbardziej intensywny okres przygotowań do wrześniowej premiery „Ostatniej rodziny”. Gdy wpada do środka, najpierw podchodzi do stolika, przy którym siedzi dziewczyna pochylona nad laptopem. To Anna Zamecka, reżyserka dokumentu „Komunia”. Przed tygodniem oboje wrócili z festiwalu w Locarno, gdzie ich filmy zdobyły nagrody – Andrzej Seweryn został tam wyróżniony za rolę Zdzisława Beksińskiego. Z kolei gdy zamawiamy kawę, wita się z nami Paweł Juzwuk, konsultant muzyczny przy „Ostatniej rodzinie”, i entuzjastycznie gratuluje. Janek okazuje się zaskakująco skromny: „To sukces Andrzeja, on zdobył nagrodę”, mimo że film zebrał też bardzo dobre recenzje w prasie zagranicznej. Przed tłumem uciekamy do pobliskiego parku. Gadamy, siedząc na ławce z papierowymi kubkami w dłoni. 

Jesteśmy rówieśnikami, więc – nie ukrywam – trochę ci zazdroszczę. Masz 32 lata i debiutujesz w fabule jednym z najbardziej oczekiwanych filmów sezonu. Smarzowskiemu udało się to po czterdziestce, Borys Lankosz był niewiele młodszy. Jak to się robi?

Ale ja przecież poniosłem porażkę. Dawno temu postanowiłem sobie, że zadebiutuję w tym samym wieku co Orson Welles. „Obywatela Kane’a” nakręcił, gdy miał zaledwie 26 lat. Z drugiej strony później wpadł w tarapaty – przez całe życie musiał się mierzyć z piętnem twórcy arcydzieła. W końcu wszystko, co później stworzył, było cieniem tego filmu. Jestem więc w uprzywilejowanej sytuacji. To, że „Ostatnia rodzina” nie dostała najważniejszej nagrody na najważniejszym festiwalu na świecie, paradoksalnie oznacza, że jest przede mną perspektywa rozwoju.

 

Na tym nie koniec porażek. Nie dostałeś się na łódzką Filmówkę.

Odrzucili moją teczkę, odpadłem na pierwszym etapie. W tamtych czasach obowiązywało dziwne przekonane – i pewnie wciąż tak jest – że reżyseria to studia quasi-dyplomowe, że trzeba mieć jakiś bagaż doświadczeń i wiedzę z innego kierunku. W tym samym roku jednak dostałem się na Wydział Radia i Telewizji w Katowicach. Za pierwszym razem, od razu po maturze, co jest już sporym osiągnięciem. Jeśli zaś chodzi o wiek, w którym najlepiej zacząć reżyserię, mam raczej przeciwne obserwacje. Z mojego roku to ja i Kuba Czekaj [reżyser „Baby Bump i „Królewicza Olch” – przyp. red.], też rocznik 84, jesteśmy najbardziej aktywni. Osoby starsze gdzieś zniknęły.

 

Zainteresowanie filmem i kamerę wyniosłeś z domu?

Rodzice zawsze mieli ambicje artystyczne, ale nie pochodzę z rodziny filmowej. Mój ojciec chciał być aktorem, sporadycznie grywa w spektaklach niezależnych. Brat skończył akademię muzyczną, ja zaś wymyśliłem sobie tę robotę, mając jakieś dziesięć lat. Spędzałem wtedy mnóstwo czasu w kinie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że szczególnie jedno wydarzenie z tamtego czasu można nazwać inicjującym. Seans „Krótkiego spięcia 2” w w kinie. Końcówka lat 80., miałem wtedy nie więcej niż cztery lata.

 

ostatnia-rodzina-foto-hubert-komerski-3

 

Amerykańska historia o mechanicznym Pinokiu, robot wojskowy ożywa i zaznaje wolności. Ostatnia rzecz, o jakiej marzy, to walka. 

Pod koniec filmu główny bohater umiera, chyba rozładowuje mu się bateria. Pamiętam, że przy tej scenie zacząłem ryczeć na całe kino. Tak bardzo, że nie zorientowałem się, że udało się go uratować. Po latach to doświadczenie uświadomiło mi, jak silne emocje może wywołać film. Pod koniec lat 80. na moim osiedlu pojawiła się wypożyczalnia kaset wideo. Czekając na nowości, przegadałem niezliczoną ilość godzin z jej właścicielem, panem Zbyszkiem. Oglądałem wszystko – i sensacje ze Stevenem Seagalem, i kino ambitne, Kubrick, Altman. I właściwie zostało mi to do dzisiaj w pracy – inspiruje mnie zarówno arthouse, jak i kino bardziej komercyjne. Widać to bardzo dobrze po „Ostatniej rodzinie”, gdzie obok scen intelektualnych jest też miejsce na silne emocje i poczucie humoru. Lubię, kiedy film jest konstrukcją piętrową – sprawia radochę na poziomie podstawowym, a jednocześnie kryje coś głębiej – tak jak np. produkcje Wesa Andersona. Szukam złotego środka. Poza tym to wpisuje się w moje przekonanie, że film musi być widowiskiem, angażować. Niezależnie, czy to „Gwiezdne wojny”, czy „Biała wstążka”. Wciąż jestem kinomanem. Potrafię obejrzeć jeden film kilkanaście razy, bo to najlepsza szkoła rzemiosła.

 

A w byciu reżyserem, co cię najbardziej pociągało? 

Reżyser to pierwszy widz filmu, którego jeszcze nie ma – bardzo mi się podoba to stwierdzenie. Często nie myślę o sobie jako twórcy, ale jako o widzu, dlatego chcę robić takie rzeczy, które chciałbym sam obejrzeć. A że gust mam wymagający, to sprawiam sobie tym w życiu zawodowym dużo kłopotów. Na szczęście póki co przynosi to wymierne efekty. Liczę więc, że ten gust się nie stępi. Trzeba przyznać, że mam bardzo dużo szczęścia. Jak dotąd mogłem konsekwentnie dążyć do tego, co zaplanowałem. Cieszę się, że nie wchłonęła mnie telewizja, choć były takie pokusy. Robiłem making-ofy, teledyski, zawsze było to mniej lub bardziej związane z reżyserią.

 

ostatniarodzina_01_foto_hubert_komerski_02

 

Odpowiedniego scenariusza szukałeś podobno cztery lata. To twój wymagający gust czy polskie teksty są na tak niskim poziomie?

Po pierwsze, sam nie piszę, więc to była dodatkowa przeszkoda. Przez cały ten czas przeczytałem około 140 scenariuszy – dokładnie to podliczyłem. Część wyszperałem, część podrzucali mi różni ludzie. Większość z nich nie doczytałem, nie czułem ich, nie sprawiły mi żadnej frajdy. Dopiero po czterech latach przypadkowo trafiłem na tekst, który mógł się stać podstawą ciekawego filmu, a jednocześnie dawał mi przestrzeń do pracy reżysera. Jego autor, Robert Bolesto, przez lata szukał reżysera i producenta, ale nikt się nie odważył. Scenariusz był gotowy w 2009 r. Ja już wcześniej interesowałem się życiem Zdzisława i Tomka Beksińskich, ale nie potrafiłem znaleźć punktu zaczepienia. A jak tekst Bolesty tekst wpadł mi w ręce? Wciąż się uśmiecham, gdy o tym myślę. Czytałem stronę poświęconą Beksińskiemu na Wikipedii i wśród przypisów po prostu znalazłem odnośnik do niego. Banalne! Przeczytałem i od razu zadzwoniłem do swojego przyjaciela, operatora Kacpra Fertacza, który pracował z Robertem przy „Hardkor disko” Skoniecznego. Nie był przekonany, stwierdził: „nie dogadacie się”. I ten jeden jedyny raz się mylił. Po czym zaczęła się droga pod górkę.

 

Spory o ostateczny kształt scenariusze?

Z tym akurat nie było problemu. Jeśli pojawiały się spory, to na poziomie kreatywnym. Prowadziliśmy długie rozmowy. Nie odbyło się to tak jak zwykle: „kupujesz tekst i mówisz scenarzyście do widzenia”. Robert ma ogromną wiedzę o Beksińskich, konsultował wiele spraw, przychodził z sugestiami na plan. Gdy dziennikarze powtarzają ciągle pytanie – na szczęście ty tego nie zrobiłeś – co było najtrudniejsze w trakcie pracy, odpowiadam: „znalezienie producentów”. Na szczęście pojawiło się Aurumfilm. Pomogli w skomplikowanym kwestiach formalnoprawnych. Choć najbliższej rodziny czy spadkobierców Beksińskich nie ma, musieliśmy porozumieć się z wieloma podmiotami i pozostać w nimi w zgodzie.

 

Niestety w końcu muszę zadać pytanie, które zadają wszyscy. Dlaczego było warto przenieść życie Beksińskich na duży ekran? Czasem mam wrażenie, że ich historia jest traktowana jak tania sensacja. 

Słyszałem już zarzuty, że rzuciliśmy się na kontrowersyjną historię o morderstwie i seksie. Wystarczy jednak obejrzeć film, by przekonać się, że nie takie były intencje. Zapadło mi w pamięć to, co powiedział kiedyś Krzysztof Kieślowski: „Jeśli znajduję jakieś pytanie bez odpowiedzi, to jest dla mnie temat na film”. Podobnie było z „Ostatnią rodziną”. Po Beksińskich pozostało wiele trudnych pytań, ale też bogate archiwa, które otwierają przestrzeń do domysłów, dlaczego tak wyglądało ich życie. Mogliśmy więc sobie pozwolić na szukanie odpowiedzi, odtworzenie perspektyw wszystkich trzech osób – Zdzisława, Tomka i Zofii – które tworzą tę konstelację. Moją motywacją była też zwyczajna niezgoda na etykietowanie tej rodziny krzywdzącymi, jednoznacznymi określeniami – „dziwacy” czy „patologia” – które pojawiały się w artykułach. Irytuje mnie to tabloidowe myślenie, wszechobecne zwłaszcza po śmierci Zdzisława – bzdury o fatum czy efekciarskie zdania typu „przyszedł po niego szatan, którego malował”.

 

Malarstwo jest w tym filmie właściwie na drugim planie. 

Nie do końca, ma bardzo konkretną funkcję. Choć wychodzi dużo publikacji o Beksińskim i jego rodzinie, to tylko w filmie można pokazać, co oznacza żyć wśród tych obrazów. Ale faktycznie nie interesowało mnie kino biograficzne. Malarstwo to tylko jedna z gałęzi artystycznej działalności Beksińskiego. Robił również świetnie awangardowe zdjęcia. Sam cenię je bardziej niż obrazy. Pisał opowiadana, które ostatnio zostały u nas wydane – bardzo mocna rzecz. Można też pokusić się o stwierdzenie, że Beksiński wymyślił reality show 20 lat przed pojawieniem się pierwszego „Big Brothera”. Nie rozstawał się z kamerą wideo, rejestrował sytuacje rodzinne. Nazywał to dziennikiem, mam wrażenie, że w ten sposób próbował zapanować na trudną rzeczywistością. Jednocześnie są tu dwie równorzędne postaci – syn Tomek, też ważny dla świata kultury, i żona Zofia, która była podporą, podstawą domku z kart. Wiesław Banach, dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku, powiedział kiedyś: „Jak Zosi zabraknie, to wszystko się rozpadnie”. I to właśnie pokazuję w filmie, te trzy osoby, niepodzielną konstrukcję. Dziwiłem się więc, dlaczego książka Magdaleny Grzebałkowskiej to tylko „Portret podwójny”.

 

or_d20_23-10-2015_200

 

Urzeczywistniasz pewien mit tej rodziny, który w ostatnich latach ożywił reportaż Grzebałkowskiej. Obawiasz się reakcji tych osób, których wyobrażenia nie będą zgodne z twoją wizją?

Tego się nie uniknie. Przykro mi, gdy słyszę opinię upraszczające to, co chcę przekazać. Zdarzały się krytyczne głosy przy moim dokumencie „Deep Love”, teraz pewnie będzie ich więcej. Przypuszczam, że postać Tomka – najbardziej tajemnicza i trudna – może wzbudzić kontrowersje. „Nie ta fryzura”, „On by tak nie powiedział”. Tymczasem chociaż „Ostatnia rodzina” jest fabułą, to pracowaliśmy nad nim, jak przy dokumencie. Wcielający się w tę rolę Dawid Ogrodnik wynajdował nagrania Tomka, o których istnieniu fani Beksińskiego mogą nie wiedzieć. Zresztą za każdym razem, gdy mieliśmy wątpliwości, czy dana sytuacja wydarzyła się naprawdę, zwracaliśmy się do Roberta Bolesty. Od razu pokazywał nam źródła. Oczywiście ten film – tak jak „Portret podwójny” czy „Leży we mnie martwy anioł” Wojciecha Tochmana – to tylko jedna z perspektyw, a nie prawda objawiona.

 

Nie miałaś poczucie, że naruszasz granice intymności? Odsłaniasz bohaterów bardziej, niż jest to możliwe w książce. 

W filmie są wyłącznie sceny, które uznaliśmy za niezbędne, pełnią określoną funkcję w scenariuszu. Nie chodzi o epatowanie, tylko zniuansowanie. Nie mam poczucia, że weszliśmy w sferę, która szkodzi bohaterom. Dużo o tych trudnych scenach rozmawialiśmy podczas zdjęć, każdy odnajdywał w nich jakiś odprysk własnych problemów. Sam na historię Beksińskich spojrzałem inaczej, gdy zostałem ojcem. Chciałbym, żeby przejrzeli się w niej widzowie. Każda rodzina ma jakiś bagaż, który czasem strach otworzyć.

 

Tematycznie twoje dwa filmy, „Deep Love” i „Ostatnia rodzina”, wydają mi się powiązane. Ten pierwszy jest historią o człowieku, który stara się pokonać swoje ograniczenia, tymczasem drugi mówi o ludziach, którzy nie mogą tego zrobić. Albo nie chcą. 

Jeśli miałbym szukać jakichś punktów wspólnych między tymi filmami – choć tego nie lubię i podczas realizacji w ogóle o tym nie myślałem – to powiedziałbym, że to oba opowiadają o wolności, jej potrzebie. Inaczej podsumował to mój ojciec. W jego odczuciu i bohater „Deep Love”, i Tomek Beksiński robią wszystko, żeby się zabić. „Janek, ty robisz filmy o eutanazji!”.

 


Jan P. Matuszewski

Polski reżyser filmowy urodziny w 1984 roku w Katowicach. Ukończył reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. W 2013 r. wyreżyserował dokument „Deep Love”, który zdobył wiele nagród na festiwalach. „Ostatnia Rodzina” jest jego debiutem fabularnym. Zaczynał od kręcenia teledysków.