Robert Babicz – “W mojej muzyce słychać polską melancholię”

Urodzony w Polsce i tworzący w Niemczech Robert Babicz to światowej klasy producent o szerokich horyzontach muzycznych: od ambientu i acid-house aż po techno i minimal. Pod aliasami takimi jak Rob Acid, Department Of Dance czy Acid Warrior nagrywał dla labeli takich jak Disko B, Junkfood, Systematic, Treibstoff czy własnego Babiczstyle. Znany z niezwykle charyzmatycznych występów live.

W wywiadzie przed występem na imprezie Warsaw Boulevard, Rob opowiada mi o fascynacji analogowymi instrumentami Rolanda TB 303, ważnych momentach, które zaważyły o jego karierze, zapachu Polski i naszej melancholii, DJ-skiej rutynie i magii ponadczasowego acid-house’u, polskich fanach na każdym kontynencie oraz italo-disco…

Artur Wojtczak: Kiedy rozmawiałem z legendą berlińskiego techno – Heiko Laux – opowiadał mi sporo o swoich inspiracjach i pierwszym zderzeniu z muzyką house i techno. Wspominał barwnie singla Farley Jack Master Funk’a z 1986 roku ‘Love Can’t Turn Around’. A jaka piosenka ukształtowała Ciebie i pokazała Ci tę moc muzyki tanecznej?

Robert Babicz: Jedną z najważniejszych płyt życia była dla mnie “Acid Tracks“ PHUTURE – ona właściwie zdecydowała, że poświęciłem się stylistyce acidowej. Wcześniej słuchałem sporo muzyki house, to było za czasów szkolnych. Natomiast, gdy po raz pierwszy do mych uszu dotarł ten track, po prostu się popłakałem. To było jak objawienie. Ta muzyka była tak wspaniała, tak intensywna i inna od wszystkich pozostałych brzmień, że uznałem ją za muzykę z kosmosu. Były tam tylko bębny i kwaśne sekwencje z Rolanda 303. To brzmiało obco, a jednocześnie tak dobrze, ze poruszyło mnie to mocno. I wtedy pomyślałem sobie: „Cóż to musi być za fantastyczny instrument, który wydobywa takie dźwięki!” A jakiś czas potem, gdy zdobyłem Rolanda 303 – bo zacząłem robić muzykę – pomyślałem: „O kurczę, to tak mały instrument, a sądziłem, ze będzie to ogromna szafa do produkcji dźwięków”. Tymczasem ta nieduża trzystatrójka tworzy tak doskonałe rzeczy.



“Acid Tracks” wciąż świetnie brzmi, nie zestarzał się zbytnio…

Nie, zupełnie – jest ponadczasowy. Może produkcja poszła obecnie do przodu, gdybyśmy traktowali to brzmienie w kategoriach teraźniejszości, ale kawałek wciąż robi wrażenie i porywa na parkiet.

Który klub w Niemczech wywarł największy wpływ na kształtowanie się twojego gustu muzycznego? Dokąd chadzałeś na imprezy?

Mogę mówić w sumie o tych starszych czasach. W Kolonii był kiedyś świetny klub Warehouse. W czasie liceum był on de facto moim drugim domem, tak często tam bywałem. Zanim sam zacząłem jeździć z własnymi występami, to bywałem tam co piątek i sobotę.

Jak długo działał ten klub?

Myślę, że dość długo, aż do policyjnych łapanek antynarkotykowych, pewnie grubo ponad 10 lat. Ja w 1992 roku zacząłem działać i występować jako Rob Acid, ale jak tylko byłem w Kolonii, zawsze tam się udawałem.

Wyjechałeś z Polski jeszcze jako dziecko. Czy w międzyczasie miałeś okazję i ochotę śledzić polska scenę klubową: najnowsze produkcje czy nowych DJ-ów?

Tak, wyjechałem w wieku 5 lat, a więc bardzo wcześnie. Tymczasem grywam w Polsce właściwie regularnie: przynajmniej 2 razy do roku. Staram się wtedy dowiedzieć, co się aktualnie dzieje. I cieszy mnie, ze Polacy biorą się w ryzy i ruszają do działania, tworzenia. Zresztą są 2 bardzo ciekawe aspekty, czemu Polska jest dla mnie tak ważna, Otóż za każdym razem, gdy tu tyko ląduję, czuję szczególny zapach. Bo każdy kraj ma swój zapach. I Polska też. I ten zapach działa na mnie zupełnie nadzwyczajnie, pewnie dlatego, że się tu urodziłem. Również brzmienie języka polskiego, który słyszę jest dla mnie ujmujące i wzruszające. Drugi powód, to specyficzna melancholia, jaka w Polsce panuje. I ona jest w mej muzyce bardzo odczuwalna. Bo ja swoją muzyką żyję. I ona odzwierciedla mój charakter. Ta polska melancholia wynika być może z tego, że Polacy są narodem, który częściej walczy sam ze sobą, aniżeli działa na korzyść współobywateli, by stworzyć coś wspólnego. I może dlatego polskich wykonawców na światowym rynku jest mniej, niż mogłoby być. Bo Polacy nie wykorzystują pełni swego potencjału. Choć i tu idą zmiany na lepsze.

Dlatego bardzo polecam Ci np. najnowszą kompilacje „Friends of Pets” z wytwórni duetu Catz ‚N Dogz Pets Recordings: jest tam wielu doskonałych wykonawców ze swoimi najnowszymi produkcjami!

https://soundcloud.com/mixmag-1/premiere-slg-varsovia-marimba-kornel-kovacs-remix

Super, to bardzo ciekawe, na pewno się tym zainteresuję. Zresztą dodam jeszcze, że mimo, ze dorosłem w Niemczech, to gdziekolwiek bym na tej planecie nie grał, pojawia się grupa polskich fanów, którzy przychodzą na mój występ, tańczą i mi kibicują. Oni pojawiają się absolutnie zawsze i wszędzie. I są ze mnie dumni traktując mnie jako Polaka.

Czym różni się obecna publiczność od raverów z lat 90.?

Dla ludzi z lat 90. ta muzyka był czymś zupełnie nowym, była istną rewolucją. Tymczasem dzisiejsi młodzi klubowicze już z tą kulturą dorastali. Znają kawałki house’owe od swoich rodziców czy rodzeństwa, słyszeli je w radio i na YouTube. To dla nich po prostu codzienność, jaką zastali. A dla nas było to istne novum. Gdy ja chodziłem do klubu, co tydzień słyszałem dźwięki, które były dla mnie nowatorskie. I zastanawiałem się: „Jezu, jak oni stworzyli ten kawałek?!” Dlatego dziś bardzo się cieszę, gdy pojawia się utwór który mnie ujmuje i porusza.

Ruch acid-house liczy sobie już ponad 30 lat. Czy obserwując aktualne trendy, zaryzykujesz stwierdzenie że mamy powrót tej stylistyki, taki swoisty revival kwaśnych brzmień?

Ha, ha ha! Dziennikarze pytają mnie praktycznie co 2-3 lata czy mamy już / znowu renesans acid-house. Ująłbym to tak; dla współczesnych 18-20 latków, te brzmienia są kompletnie nowe, zaskakujące i świeże. A jednocześnie obecnie DJ-e grają często to samo – wg utartego i narzuconego schematu, np. wyłącznie deep-house czy dark-techno. Nikt nie odważa się zagrać inaczej. Tymczasem gdy ja gram swój emocjonalny, głęboki, progresywny sound i dodaję do tego acid-house, to ludzie są bardzo zaskoczeni, to dla nich coś nowego. Ale to działa. Jeszcze nigdy nie przeżyłem sytuacji, że acid-house się nie spodobał, nie porwał tłumu na parkiecie. A ja nie jestem DJ-em, ja gram własną, przeze mnie skomponowaną muzykę.

Twoje live-acty są bardzo energetyczne, dynamiczne – jak kształtowałeś swój własny styl, jak formowała się twoja muzyka?

To się wciąż kształtuje, od tylu lat. Ja wciąż pracuję nad swoim stylem i go szlifuję.
Ja grałem live od samego początku. Nie jestem DJ-em, bo zawsze gdy coś słyszę, to rozkładam to na czynniki pierwsze, rozkładam te struktury i gram to na własny sposób. Gdy celnik pyta mnie na granicy kim jestem, odpowiadam: „Jestem czymś takim jak DJ, ale DJ-em nie jestem”. I są zawsze zaskoczeni. A ja mówię: DJ gra muzykę innych, a ja wyłącznie własne utwory.

Jesteś więc nowoczesnym kompozytorem!

Tak, dokładnie!

Czego nowego możemy od ciebie oczekiwać niebawem: nowe wydawnictwa, występy na festiwalach?

Wczoraj wyszedł nowy kawałek na Systematic („Who Are We”) , za dwa tygodnie wyjdzie coś w innym labelu. Będą też nowe single w moim wydawnictwie Babiczstyle. I czekam niecierpliwie na występ na legendarnym festiwalu Burning Man – byłem tam już w ubiegłym roku i było fantastycznie. To absolutnie wyjątkowe przeżycie. To jak spędzić tydzień na zupełnie innej planecie.

Jakie klasyczne utwory z historii house / techno określiłbyś jako swoje ulubione, wracając do nich co jakiś czas?

Zdecydowanie ważnym singlem był dla mnie „Relax” Frankie Goes To Hollywood. Zwłaszcza wersja z maxisingla, nie radiowa. Bo wtedy na singlach były różne taneczne miksy…

Właśnie: słynne wersje dub i instrumentale lub wersje extended (rozszerzone)…

Tak! Właśnie o to mi chodzi. I te taneczne miksy bardzo na mnie wpłynęły, ich aranżacja i kompozycja bardzo na mnie wpłynęły. To było inspirujące. Ale wymienię też słynnego niemieckiego eksperymentatora: Karla Heinza Stockhausena, który był dla mnie równie dużą inspiracją. Jako dziecko lat 80. słuchałem różnych rzeczy, łącznie z Italo-disco.

Tylko wtedy italo-disco było utożsamiane z kiczem, podczas gdy dziś pojawia się w setach z elektro...

Tak, było kiczowate, ale nie odmówię tym muzykom spoglądania w przyszłość: używając bit-maszyny i syntezatorów z dodatkiem wokali robili nową muzykę taneczną.

Która poszła zresztą potem w kierunku italo-house…

Tak. I ten trójkąt muzyczny miał na mnie istotny wpływ. A potem doszedł do tego nurt acid-house. I to wszystko uformowało tzw. Babiczstyle! (śmiech) Dodam, że gdy byłem jeszcze w szkole, to na dużej przerwie urządzano takie mini dyskoteki, grając muzykę. I ja również ja mogłem coś tam puścić: zacząłem grać ze swoich maxi-singli i…zostałem wygwizdany! Bo wszyscy woleli popowe piosenki zamiast minimalistycznych, rytmicznych tracków z moich winyli. A przecież obecnie, w 2017 roku, muzyka elektroniczna jest de facto mainstreamem… Podobno na Beatporcie pojawia się co tydzień 25 tysięcy nowych utworów we wszystkich kategoriach elektronicznych. I to jest też niezwykłe, ale trudne dla nowicjuszy, by wypłynąć na powierzchnię. A ja robię dalej swoje, bo tak dyktuje mi serce!

Rozmawiał:Artur Wojtczak

65 komentarzy

Dodaj komentarz