Redukcja totalna. Wywiad z Pantha du Prince

źródło: Pantha du Prince

Z Hendrikiem Weberem, tworzącym się pod pseudonimem Pantha du Prince, porozmawialiśmy na kilka dni przed jego niedawnym występem w Warszawie w klubie Smolna. Podczas niemalże godzinnej rozmowy poruszyliśmy wiele ciekawych tematów, a sam muzyk był niesamowicie oczytanym, ciepłym i wyrozumiałym rozmówcą.

 

W dobie dominującej digitalizacji, zdecydowałeś stanąć w opozycji. Twoja muzyka brzmi bardzo analogowo, wręcz organicznie.

Pantha du Prince: Nie chciałem być otoczonym przez mury, których nie mogę w żaden sposób przebić. W stosunku do mojej muzyki, użyłbym alegorii rosnącego drzewa – jego korony i rozrastających się gałęzi. To artystyczna zasada i szczery stosunek do sztuki – nie wykonywać jej w sposób przewidywalny i oczywisty dla odbiorcy. Pracować metodą nie kojarzącą się z maszynami. Współczesna muzyka elektroniczna często wydaje mi się zimna, odhumanizowana i oparta jedynie na bicie. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy decydują się wyłącznie na bitowy trzon, którego zadaniem jest wprowadzenie słuchacza w taniec. Nie ma innej, ukrytej warstwy, a mnie właśnie te warstwy najbardziej interesują. Tchnięcie życia w muzykę, zrobienie czegoś więcej, niż tylko uruchomienie lokomocyjnych reakcji, co moim zdaniem, może być destrukcyjne. Co więcej, poprzez określoną estetykę, chciałem zapobiec pewnym ideologiom. U mnie łączy się ona bezpośrednio z organizmem, z ludzkością i jest bardzo odległa od sztuczności i fałszu.

Ciężko się nie zgodzić – wielu producentów stawia na proste rozwiązania i gra surowe techno. Twoje kompozycje posiadają jednak wiele upiększających ornamentów.

Zgadzam się. Mój styl wynika z bycia otwartym na różne doświadczenia. Obecnie, planuję powrócić do bardziej zredukowanego set-upu. Myślę, że minimalizm i organiczność nie są przeciwieństwami, wręcz przeciwnie – mogą ze sobą koegzystować. Przykładowo, na This Bliss czy Black Noise znajduje się sporo ornamentów i ładnych dźwięków, przy jednoczesnym, bardzo minimalistycznym podejściu w budowaniu kompozycji, opartym na niemalże maksymalnej redukcji. The Triad jest już pełniejszym albumem, bardziej otwartym. Pewnie to powód, dlaczego dotarł do większego grona słuchaczy.

No właśnie, od twojego debiutu Diamond Diaze minęło już 13 lat, od sofomora This Bliss równo dekada. Czujesz, że te albumy były swoistymi game changerami swoich czasów w kategorii minimal techno?

Przyznam, że z perspektywy czasu, można tak powiedzieć. Korzystałem głównie z basu, drum-maszyny i maksymalnie dwóch-trzech tonów. Myślę, że wielu producentów powtarza swoje nawyki, stając się ich więźniem. Kiedy wracam do swoich płyt, to słyszę, że to było coś innowacyjnego. Pozornie to samo rozwiązanie, repetytywność, ale podana w zupełnie innym wymiarze. This Bliss było czymś nowatorskim, wręcz zaskakującym. Pracowałem na ściśle określonych parametrach i jednocześnie na zatraciłem klimatu płyty, skupiając się jedynie na techno. Powiedziałbym, że nie brakuje na niej instrumentarium i miejscami wręcz popowego podejścia, bez wytracania jakości. Nagrywając This Bliss korzystałem tylko z komputera, taniego kontrolera, Abletona i słuchawek. W przeciwieństwie do The Triad, na którym użyłem kilkunastu, może kilkudziesięciu set-upów, syntezatorów i maszyn.

Minimalizm w najczystszej formie.

Tak, redukcja totalna. Czasami musisz uświadomić sobie, że wcale nie jest konieczne ciągłe korzystanie z wielkiej ilości sprzętu. Traci się na tym ogrom energii, patrząc także pod kątem naszej planety i środowiska w jakim żyjemy. Mogę sobie wyobrazić, że nagrywam teraz płytę tylko z jedną perkusją i fortepianem. I wiesz co, myślę że ja to zrobię. I tobie mówię to pierwszemu (śmiech).

Później zdecydowałeś się na mniej minimalistyczne formy – liczne marimby, dzwoneczki – przykładowo na Elements of Light. Dlaczego poszedłeś w tę stronę?

Jestem osobą, która nieustannie potrzebuje nowych bodźców i wyzwań. Nie jestem typem człowieka, który osiada w miejscu. Stagnacja w sztuce jest zwyczajnie niezdrowa. Jestem świadom tego, że się starzeję i może nie powinienem stawiać radykalnych kroków – ale z drugiej strony, dlaczego nie? Uważam, że potrafiłbym przeprogramować swoje myślenie, jeśli tylko poznałbym odpowiednie ścieżki rozwoju. Czasem bywam drastyczny w swoich dokonaniach, pozwalam muzyce płynąć, wsłuchuję się w detale, w jej strukturę. Wtedy mogą się wydarzyć rzeczy niebywałe i niespodziewane.

źródło: Pantha du Prince

Improwizacja?

Nie, zdecydowanie nie. Użyłbym raczej określenia swoboda. Improwizacja kojarzy mi się z jazzem. Nie jestem solowym instrumentalistą, nie ćwiczę swoich umiejętności na konkretnym instrumencie. Gimnastykuję cały umysł, staram się utrzymywać go otwartym na każdy rodzaj pomysłów oraz na wymianę wiedzy, która znajduje się ponad werbalną komunikacją.

Brzmi to trochę new-age’owo – brak muzycznych czy artystycznych granic – nie sądzisz?

(śmiech) o nie, nie. Nie mówię, że jestem otwarty na wszelkie gatunki muzyki. To zresztą największy problem New Age’u – brak konkretnej estetyzacji. Znajdujemy się na polu sztuki, nie duchowej tradycji. Tacy ludzie jak John Coltrane, John Cage czy – pozwolę sobie na taki skok w przeszłość – nawet Bach – byli bardzo, ale to bardzo spirytualistycznymi muzykami. Co dzieje się w New Age’u, to fakt, że twórcy zbyt luźno puszczają artystyczne wodze, nie kontrolując ich wcale i tracąc skupienie na tym, co chcieliby osiągnąć. Moja twórczość również jest duchowa, ale bazuje na muzyce, nie na wątpliwych doświadczeniach. Mój trip jest wypadkową filozofii i nauki oraz wysoce estetycznych zwyczajów. Czy Eric Satie to New Age? A Terry Riley i Steve Reich? Oczywiście, że nie. Wszyscy są bardzo głęboko zakorzenieni w hinduskiej muzyce, tamtejszej repetytywnej formie. Trzeba sobie zadać pytanie, czy New Age to próba osiągnięcia pewnego stanu świadomości. Świadomość jest efektem wiedzy o tysiącletnich tradycjach i dzięki muzyce, możemy na chwilę poczuć kontakt z tym źródłem. Istnieje niezwykle cienka linia pomiędzy kiczem a precyzją. Podobnie z ciekawą, piękną melodią – poziom odbioru jest niezwykle delikatny. Muzyka zawsze stawia fundamentalne pytanie – jakie jest środowisko, które pragniesz wykreować. Posiadam ogromną motywację do stworzenia takiego środowiska, które jest wysoce rozwinięte i myślę, że jest to wykonalne. Dlatego wkładam w to sporo energii, poświęcam czas i interesuję się szerokim spektrum – literatura, muzyka, nauka czy filozofia. Przeprowadzam solidną selekcję zainteresowań i staram się unikać negatywnych dystraktorów, które mogłyby zaburzyć tę relację. Czytam wiele czasopism i książek o nowych technologiach. Przykładowo, obecnie niezwykle interesującym tematem są badania o grawitacji, często bazujące na podstawowej matematyce, która opisuje nasz świat.

Ludzie stoją obecnie przed ogromnym wyzwaniem – jak działać, żebyśmy mieli czystsze umysły, które mogą dostrzegać więcej i być bardziej skupionymi na otaczającej nas rzeczywistości. Albo całkowicie to zignorujemy i zaczniemy żyć w konsumpcjonizmie, tracić większość czasu na social media, zamykać się we własnym mieszkaniu, skupiać jedynie na materializmie, po prostu konsumować. Druga opcja – zdecydujemy się na życie poza miastem, w zgodzie z naturą, ciszą, odłączając się od digitalnej rzeczywistości. Myślę, że powinniśmy przestać krytykować innych za to, że żyją w inny sposób niż my. Jeśli są szczęśliwi, to niech tak pozostanie. Nie niszczmy naszego społeczeństwa.

Myślę, że to bardzo trudne zadanie w czasach, w jakich żyjemy.

To wcale nie jest trudne. W każdym momencie swojego życia możesz zdecydować, jakimi wartościami się kierujesz, co jest dla ciebie najistotniejsze. W jaki sposób się komunikujesz i dlaczego. Wystarczy się zastanowić. To tylko kwestia wewnętrznej zmiany.

Zastanawiam się jedynie, jak można zmienić podejście innych ludzi, którzy niekoniecznie żyją w dobry sposób.

Będą musieli się zmienić. Nasz świat ich do tego zmusi. Zawsze znajdą się ludzie, którzy zmienią swoje podejście z łatwością i tacy, którym nie przyjdzie to w tak prosty sposób. To jest wewnętrzna ekonomia, nie dostaniemy tego z zewnątrz – decyzja należy do nas. To, jak ty żyjesz, jak zachowują się twoi bliscy, twoi przyjaciele – to wszystko ma duży wpływ na całe społeczeństwo, to są naczynia połączone. To samo z muzyką – sposób w jaki tańczysz, w jaki sposób słuchasz i odbierasz muzykę, to wszystko jest efektem zmian, twoich decyzji. Mogę równie dobrze napisać manifest, tylko po co? Każdy ma umysł, potrafi myśleć, posiada zdolność do przyswajania informacji i zmieniania się. Najbardziej denerwuje mnie ignorancja i samouwielbienie, które są mocno widoczne w świecie muzyki elektronicznej. Różne destrukcyjne zachowania, bardzo cyniczne i obsceniczne. To straszne, bo czuję to wewnątrz bardzo wyraźnie, ale niezwykle ciężko to opisać słowami.

W klubowym środowisku wina leży po stronie producentów czy odbiorców, a może po obu?

Obie strony muszą być świadome, co się dzieje na sali. Muszą się określić – czy robią to z miłości, czy robią to dla ucieczki od swoich problemów? Taniec jest piękny, tym bardziej w tłumie, z grupą ludzi, to szansa na wyzwolenie wielu emocji. To podstawowa ludzka potrzeba – wychodzenie na imprezy i spędzanie czasu ze znajomymi. Kiedy sam będziesz pełen radości, to będziesz jej więcej czerpał od życia. To może wydawać się mocno abstrakcyjne, wiem o tym, ale tak po prostu jest.

Sporo zależy od stosunku do innych. Nie można dusić w sobie złych uczuć.

Zdecydowanie. Są też ludzie, którzy potrzebują atencji, skupiają uwagę na sobie – w złym tego słowa znaczeniu. Ludzie głodni uwagi, ale też i narkotyków, alkoholu, seksu. Muzyka elektroniczna to wzmacnia, można to wykorzystać zarówno w złym, jak i w dobrym kierunku. Uwielbiam historię undergroundowej muzyki i uważam, że są w niej zawarte konkretne zasady, określona etyka, których nie należy naginać.

Twoja muzyka wydaje się mocno powiązana z naturą, budzi skojarzenia z kierunkiem twórczości Gas czy Biosphere, zresztą wydałeś w tym roku ambientową wersję ostatniego albumu The Triad.

Myślę, że każdy kompozytor, który chce uchwycić coś w muzyce, musi mieć konkretne źródło. Dla mnie natura zawsze była fundamentem. Przebywanie samemu w lesie, w górach, nawet w ogrodzie, jest niepodrabialnym uczuciem. Esencja, która daje mi radość, energię i motywację do wszystkiego, co robię. Jednocześnie, nie chciałbym redukować mojej muzyki tylko do natury, bo jest ona bardzo społeczna. Jestem swego rodzaju reformatorem, próbuję zmienić świat. Mam ideę stworzenia nowej formy cywilizacji, która jest oparta w dużym stopniu na solidnych etycznych filarach. W muzyce znajdziesz refleksje na temat tego, jak uczynić naszą rzeczywistość lepszą, chcę być tego częścią, zaczynając od zmiany mojego zachowania. To bardzo eteryczny poziom, bo potem przekazuję te emocje moim słuchaczom i również chcę w nich tę ideę zaszczepiać. Dlatego też nie nazywam się Robin Schulz (śmiech). Idea stojąca za jego twórczością jest odmienna – bardziej rozrywkowa, przeznaczona do zabawy. Nie chcę go oceniać, ale to po prostu zupełnie inna bajka. Podstawą jest zatem system wierzeń, który stoi za twórczością. Ten cały system opiera się również na tym, jak zbudowany jest mózg, w jaki sposób myślimy i jak przepisujemy to na język sztuki.

Brzmi to bardzo filozoficznie. Czyja filozofia jest ci najbliższa?

Myślę, że metafizyczne poglądy Alberta Northa Whiteheada. Nawet, jeśli ciężko jest mi zrozumieć wszystko, o czym pisał. Bez wątpienia jest to filozof, z którym jest mi najbliżej i do którego myśli mogę się odnosić.

Sporo też podróżujesz – myślisz, że to jeden ze sposobów na poszerzanie ludzkiej świadomości i co za tym idzie – zmieniania świata na lepsze?

Podróże są ważne, ale nie tak ważne, jak je traktujemy. Dlaczego? Niektóre grupy potrzebują konfrontacji z nowymi kulturami, odmiennymi od tych, w których żyją na co dzień. Szczególnie w zachodnich cywilizacjach, ludzie są odcięci od normalnego życia, egzystują w internecie, są zamknięci w swoich domach, jak w pudełkach. Oczywiście, posiadają pewne relacje, które są dla nich dobre, ale nie chcą wychodzić dalej, poznawać ludzi, odkrywać świat. Podróże nie są już dla mnie tak ważne, jak kiedyś, ale chcę je kontynuować. Uważam, że ludzie potrzebują swojego miejsca na ziemi, do którego zawsze dobrze jest wrócić, szczególnie jeśli spędzają na podróżach miesiące. To esencja – posiadanie swoich korzeni. Bardzo cenię sobie tubylców, to oni tworzą dane środowisko, czy jest to Mongolia czy kraje południowej Ameryki lub tereny lasów deszczowych. To niesamowite, że część z nich nigdy nie doświadczyła cywilizowanego świata. I myślę, że my również do tego etapu wrócimy, bo w pewnym momencie świat “eksploduje”. Musimy zmienić tok myślenia, zostaniemy do tego zmuszeni. Tak jak już wspominałem, wszystko zaczyna się w nas samych.

Czuję, że zbliża się katastrofa, o której nikt tak naprawdę nie mówi. Nie chcę zabrzmieć moralizatorsko, ale to, co się dzieje na świecie, sprowadza się do takiej sytuacji. Konsumpcjonizm, który pozornie przynosi szczęście, tak naprawdę sprawia ludziom więcej bólu. Musisz więcej pracować i zużywać więcej zasobów. Ludzie tego nie rozumieją. Myślę, że istnieją lepsze drogi do szczęścia, niż posiadanie co raz większego bogactwa. Oczywiście, radość z pracy to bardzo ważna rzecz i należy to pielęgnować – trzeba zadać sobie tylko pytanie, jaki jest tego powód.

Łatwo się w tym wszystkim zatracić.

Problem leży w etyce. I myślę, że nowy system wiary – nie religia – będzie odgrywał sporą rolę w nadchodzących przemianach. Mamy niepowtarzalną możliwość do rozwoju, jeszcze nigdy nie byliśmy tak zaawansowani w nauce, w odkrywaniu nowych rzeczy. Jeśli wrócimy do czasów Alberta Einsteina czy Wernera Heisenberga i spojrzymy na to, co robią obecni naukowcy – to wygląda to imponująco. Czytam sporo amerykańskiej i niemieckiej prasy na ten temat. Połączenie czystej nauki i wiary może dać wiele odpowiedzi na to, co się dzieje na świecie. Ludzie muszą porzucić przebrzmiałe systemy wierzeń, otworzyć swoje umysłowe granice.

Czyli uważasz, że obecny problem uchodźców, jest jednym z takich sygnałów?

Jest to część zmiany, Europejczycy są skonfrontowani z nowym systemem wiary. To dla nas prawdziwy dar, że nagle znaleźli się w naszym społeczeństwie. Nie możemy czuć zagrożenia.

Niestety, wiele ludzi jest nastawionych bardzo negatywnie, wręcz wrogo.

To są właśnie ci ludzie, o których mówiłem, że muszą się kategorycznie zmienić.

Myślisz, że to kwestia kilku lat?

Nie wiem, ciężko to powiedzieć. Obserwuję skrajnie prawicowy ruch, który siedział sobie w zaciszu i nagle, ci ludzie stali się znowu bardzo widoczni i oddziałują na pozostałych. Niestety, to też oznacza, że ktoś im tę przestrzeń udostępnił, zezwolił na ich prezencję. Paradoksalnie, dopiero teraz możemy się z nimi konfrontować, bo wcześniej po prostu nie byli widoczni.

Z tymi ludźmi trudno jest prowadzić jakąkolwiek dyskusję.

Myślę, że nie zawsze możemy mówić o dyskusji. Powinniśmy po prostu żyć własnym życiem, lecz nie ignorować tych ludzi. Powinniśmy dać im miłość, sprawić, by czuli, że się o nich martwimy.

Okej, ale ich usposobienie jest często agresywne.

Tak, ale jest sporo dróg, żeby sobie z tym radzić. Przykładowo – mieszkam obecnie na prowincji i często spotykam się z prostymi ludźmi, widzę, co mogą o mnie, jako artyście, sądzić. I staram się być dla nich uprzejmym. Bycie kulturalnym jest proste. Należy pokazać im inne sposoby myślenia, zachęcić do tego. Zgadzam się jednak, że to zabiera sporo czasu i energii.

11 listopada obchodziliśmy w Polsce Święto Niepodległości, którego najważniejszym punktem był marsz. W tym roku, brało w nim udział niepokojąco dużo nacjonalistów i ludzi związanych ze skrajnie prawicowymi organizacjami. Nie uciekło to uwadze zagranicznych mediów, które były mocno zaniepokojone tym stanem sytuacji.

źródło: Pantha du Prince

Nie można być przestraszonym, bo w tym momencie daje się pożywkę tym ludziom. Oni tylko na to czekają, bo żywią się strachem i nienawiścią. Ciężko z nimi walczyć, możesz jedynie racjonalnie się konfrontować. Emocjonalne podejście to zguba, trzeba się go wyzbyć. Musimy być bardzo precyzyjni w kontaktach z nimi. Mówić, że to, jakimi ideami się kierują, jest błędne, mieć na to solidne argumenty i dowody. To według mnie jedyny sposób na jakikolwiek kontakt z ludźmi o takich poglądach.

Tylko jak możemy ich przekonać, że ich idee – które wręcz fanatycznie wyznają – są błędne?

Ludzie po tamtej stronie mają ogromne kompleksy, żyją w egzystencjalnym bólu i strachu. Może to będzie kontrowersyjne, ale uważam, że trzeba do nich podchodzić, jak do niepełnosprawnych ludzi, potrzebujących wytężonej pomocy i opieki. To jest sposób, w jaki ja działam, zadaję im pytanie – jak mogę ci pomóc, jak rozwiązać twoje problemy? Kategorycznie nie możemy zwalczać agresji agresją. Spójrzmy na filozofię Gandhiego, on działał takimi metodami. Mam nadzieję, że w pewnym momencie dotrze do nich, że obrali złą drogę.

Znam jedną osobę, która ma radykalnie prawicowe poglądy, jest to znajomy moich przyjaciół. Jest świadomy tego, kim jestem i zdarza się, że moi przyjaciele przekazują mu pewne idee, którymi się kieruję. I to już jest coś, powolne zaszczepianie, rozmowa z takimi ludźmi. Unikajmy emocjonalności, bądźmy rezolutni i nie okazujmy nienawiści, bo tylko na to czekają.

To skomplikowany i długi proces.

Zdecydowanie – czasochłonny i pracochłonny. Starajmy się nie wytykać ich palcami, nie marginalizować. Spróbujmy żyć z nimi – pić kawę w tej samej kawiarni, uśmiechać się, rozmawiać. W Niemczech mamy ten sam problem, jak wy w Polsce. Nie jestem aktywistą, staram się przekazać dobre emocje za pomocą muzyki. Potrzebujemy społeczników, edukatorów zaszczepiających od małego dobre wartości.

I również od rządu.

Oczywiście. To ważne zadanie dla rządzących i również dla Kościoła, szkół czy bibliotek.

W Polsce mamy zatem potrójny problem, bo zarówno rząd, spora część Kościoła, jak i społeczeństwa popiera te rasistowskie, nacjonalistyczne zachowania.

Myślę, że to kwestia czasu. Ludzie w końcu obudzą się z tego amoku.

Miejmy nadzieję. Na sam koniec zapytam cię o przyszłość Pantha du Prince – tę artystyczną.

W lutym planuję nową instalację w Meksyku, potem marcowa trasa po USA. Również w marcu ukaże się premierowy utwór zatytułowany Space Time, który będzie mówił o grawitacji i będzie 18-minutową kompozycją, bazującą na naukowych doświadczeniach. Jak widać, mam całkiem sporo planów na przyszły rok.

Rozmawiał: Lech Podhalicz

źródło: Smolna