Recenzja: „Saints Rows 4: Gat out of Hell”

Pamiętam czasy, gdy „Saints Row” próbowało być nowym, lepszym „GTA”. Zadanie niełatwe, więc twórcy „Świętych” puścili wodze fantazji i to, co zaczęło się jako realistyczna piaskownica, zamieniło się w świat pozbawiony ograniczeń. Gdy w czwartej części „Świętych” protagoniści zamienili się w latających superludzi, którzy walczą przy pomocy „dubstep gunów” z inwazją obcych w komputerowo wygenerowanym świecie, wiedziałem że „Saints Row” to tytuł dla mnie. „Gat Out of Hell” to rozszerzenie konceptu znanego z czwórki. Tym razem celem jest zirytowanie władcy ciemności do tego stopnia, aby podjął z nami walkę. Do piekła trafiamy w wyniku nieumiejętnego posługiwania się tablicą ouija podczas urodzin jednej ze Świętych. Aby się wydostać, wykonujemy proste zadania, które mają spowodować jak największe zniszczenia w piekle. Większość z nich jest wersjami akcji z poprzedniej gry, co niestety powoduje, że nowymi „Świętymi” łatwo się znudzić. Brakuje w tym dodatku pełnych misji i historii, która na dłużej przykułaby do fotela. Aby przejść całość, wystarczy pięć godzin (możemy oczywiście wydłużyć rozrywkę rozkoszując się otwartym światem, jaki dali nam twórcy – wygląda fantastycznie). Tak jak „Saints Row IV” przez wielu określane było mianem „rozbudowanego dodatku trójki”, tak tutaj do czynienia mamy z czymś w rodzaju dodatku do dodatku. Jest w tym wszystkim wiele radochy, ale półtora roku po wydaniu czwórki miałem apetyt na więcej. [Kacper Peresada]