Recenzja gry „Tom Clancy’s The Division”

„Tom Clancy’s The Division” Xbox One / PS 4 / PC Ubisoft

Moje przygody z grami multiplayerowymi kończyły się zwykle po jakichś dwóch godzinach, gdy zmęczony wyzwiskami po adresem mojego gracza, decydowałem się na powrót do świata komputerowej samotności. Z „The Division” było jednak inaczej.

Historia przedstawiona w grze jest prosta: grupa „uśpionych” żołnierzy sił specjalnych zostaje wezwana, aby pomóc uratować Nowy Jork, który zamienił się w epicentrum chaosu i śmierci po tym, jak jego ludność zdziesiątkowała tajemnicza choroba. Jako jeden z żołnierzy muszę współpracować z innymi graczami z całego świata. Co ważne, „The Division” ma tak naprawdę dwa rodzaje multiplayera: pierwszy polega na wspólnym przechodzeniu story mode’u, w którym zbieramy informację o chorobie i szukamy sposobu na uratowanie jak największej liczby mieszkańców. Drugi to walka, którą toczymy w Dark Zone’ach – miejscach opanowanych przez rabusiów żerujących na umierającym mieście – tam nie ma już misji jako takich, jest po prostu walka o przetrwanie. Możemy zabijać sterowanych przez komputer przeciwników, a także zwracać się przeciwko innym graczom, próbować przejąć ich broń i sprzęt.

Co ciekawe, nasza postać ma dwie oddzielne ścieżki rozwoju – możemy być kozakiem na 50. levelu umiejętności w story modzie, będąc jednocześnie zupełnym noobem w Dark Zone’ach.

Jeśli chodzi o grafikę, „The Division” to jedna z najładniejszych gier, w jakie grałem na konsolach nowej generacji. „The Division” jest pierwszą w historii grą na PS4 i Xbox One, która spełnia wszystkie wymagania dobrego multiplayerowego tytułu i ma potencjał, aby faktycznie zatrzymać graczy na długie godziny, nie zanudzając powtarzalnością, którą męczyło nas „Destiny” z 2014 r.