Razy cztery, czyli rodzina w mieście

Foto: Paweł Starzec

Anastazja Bernad – pełnoetatowa mama, z wykształcenia aktorka i projektantka, i Kuba Jerszyński – właściciel studia realizacji dźwięku, oraz ich córki: Łucja (15 miesięcy) i Helena (3 lata), opowiadają o swoich ulubionych miejscach w Warszawie.


Kiedy się poznaliśmy, zaczęliśmy częściej przesiadywać w domu, a rzadziej wychodzić na miasto. Potem pojawiły się dzieci, więc tym bardziej nie ciągnęło nas już do imprez, a nawet jak ciągnęło, to wizja wczesnej pobudki skutecznie te ciągoty tłamsiła. Zależało nam oczywiście, żeby nie wypaść z kręgu towarzyskiego, ale żeby to osiągnąć, nie trzeba przecież cały czas wychodzić na melanż. Świeżo upieczonym rodzicom i tak naturalnie zawęża się grono znajomych – kiedy masz ograniczoną ilość wolnego czasu i energii, to chcesz się spotykać tylko z osobami, z którymi zawsze czujesz się dobrze.

Mieszkamy na Saskiej Kępie. Mamy w sąsiedztwie parę przyjaciół, którzy mają dzieci dokładnie w tym samym wieku co nasze. Bardzo często u siebie przesiadujemy – stworzyliśmy namiastkę wioski w mieście, czyli malutką społeczność, w ramach której jest nam raźniej. Łączą nas poglądy na rodzicielstwo – podchodzimy do dzieci z szacunkiem i zawsze staramy się je zrozumieć. Mamy też umowę – kiedy wydaje się nam, że któreś z nas robi coś nie tak, od razu sobie o tym mówimy. I nikt się na nikogo nie obraża, wręcz przeciwnie – daje nam to poczucie, że dbamy o dobro naszych dzieci. 

Helena nie chodzi na dodatkowe zajęcia poza przedszkolem. Dzieje się tam wystarczająco dużo, a nie chcemy rezygnować ze wspólnego spędzania czasu. Poza tym ostatnio Helena powiedziała w przedszkolu, że jest szczęśliwa, kiedy jest mama, tata i dzidzia, więc po co mielibyśmy organizować jej dodatkowe zajęcia? Sami staramy się im zapewniać atrakcje na miarę wieku i potrzeb. Nasze córki mogą do woli macać, brudzić, przesypywać, lepić i mazać farbami – jedna ściana w mieszkaniu została nawet w całości pomalowana wspólnie przez naszą rodzinę. W domu dużo też śpiewamy i tańczymy.

Knajpy na rodzinny weekendowy obiad? Męska część rodziny preferuje dietę „all you can eat”, a dziewczyny są na diecie prawie wegańskiej (z wyłączeniem jajek i masła), więc często chodzimy do Vegan Ramen Shop. Zdarza nam się też wypuszczać na drugą stronę Wisły – np. do Lokal Vegan Bistro albo Youmiko Vegan Sushi. A jak tata Kuby przyjeżdża w odwiedziny, to idziemy do truskulowej knajpy Pekin Duck przy Szczęśliwickiej. Poza tym odwiedzamy Ósmą Kolonię na Żoliborzu. Zabrzmi to Pekin Duck pretensjonalnie, ale trudno – chodzimy tam, bo mają dużo opcji wegańskich, a składniki potraw pochodzą z ekologicznych upraw.

Zimę w Warszawie spędzamy jednak niestety głównie w domu z włączonym oczyszczaczem powietrza, a ewentualne wyjście na zewnątrz wiąże się z nakładaniem masek antysmogowych. Kiedy jest trochę cieplej, a Warszawy nie dusi trujące powietrze, chodzimy na okoliczne place zabaw albo bujamy się bez celu po Saskiej Kępie i okolicach. W zasięgu niedługiego spaceru jest park Skaryszewski, w którym dzieci mogą biegać, gdzie im się podoba. Lubimy też bulwary nadwiślańskie i nie boimy się wody w Wiśle – czasem zdarza się nam pomoczyć w niej nogi. W niektóre letnie weekendy wsiadamy w samochód i wyjeżdżamy poza miasto – do Ciszycy albo nad Świder – albo bliżej, do Kampinosu czy Lasu Bielańskiego


Wysłuchał Jonasz Tolopilo

Foto: Paweł Starzec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *