Mam w sobie radar – wywiad z Katarzyną Rosłaniec

Lubi prowokować, nie boi się eksperymentów. Zbiera pochwały za odwagę i cięgi za balansowanie na granicy dobrego smaku. Po raz kolejny zrobiła film, który podzieli widownię i krytyków. Z Katarzyną Rosłaniec spotykamy się tuż przed premierą jej nowego filmu „Szatan kazał tańczyć”, w którym reżyserka penetruje mroczne zakamarki zagubionych w hedonizmie dusz.

Lubię twój nowy film, ale pewnie znajdą się tacy, którzy pomyślą, że szatan kazał ci go zrobić.

Są tacy, którym w ogóle się nie podoba i go nie przyjmują. Pytają, co to w ogóle jest.

Robisz filmy dla siebie czy dla innych?

Chciałabym je tworzyć dla ludzi, ale nie wiem, co się innym podoba. Wierzę w swój filmowy gust. Robię filmy dla ludzi, ale po swojemu.

Nie realizujesz komedii romantycznych.

Pewnie zrobiłabym najgorszą komedię romantyczną na świecie, której nikt by nie obejrzał i nikt nie byłby z niej zadowolony. Nie umiem robić niczego, co nie jest moje. Nigdy nie pracowałam na etat, nie byłam w sytuacji, w której ktoś wydawał mi polecenia. Poza tym komedia to megatrudny gatunek, ale może kiedyś do niego dorosnę.

Być może się mylę, ale dostrzegam w twoim nowym filmie inspirację obrazem „I’m Not There. Gdzie indziej jestem” o Bobie Dylanie.

Naprawdę? Totalnie uwielbiam ten film. Nigdy bym się nawet nie odważyła na takie porównanie. W „I’m Not There” przedstawiono sześć osobowości Dylana, zapraszając do pracy sześciu różnych aktorów. To jest wspaniałe. Dziękuję bardzo. Widziałam ten film ze sto razy, więc pewnie jakoś na mnie wpłynął.

No właśnie. Oglądasz filmy, a to nie jest takie oczywiste wśród reżyserów filmowych.

Nie oglądam ich dużo, ale oglądam często. Bardzo niewiele z nich mi się podoba, ale jak już jakiś mnie zachwyci, wracam do niego sto pięćdziesiąt razy. Bawię się filmami. Wymyślam ich dalsze ciągi. Jednym z moich ulubionych jest „Trainspotting”. Miałyśmy z siostrą porysowaną płytę z tym filmem, przez co do tej pory nie obejrzałam jego zakończenia.

Jestem ciekaw, jak wyglądała praca nad scenariuszem do „Szatan kazał tańczyć”.

Od samego początku chciałam zrobić film składający się z luźnych scen, które każdy będzie mógł sobie sam ułożyć. Plan jest taki, że będzie można to robić dzięki specjalnej aplikacji. Z moimi filmami jest tak, że wszyscy je krytykują i każdy uważa, że mógłby je zrobić lepiej. Ten można ułożyć po swojemu, być może lepiej i bardziej emocjonująco.

Bardzo mi się podoba rola kolorów w tym filmie.

Moim pierwszym pomysłem było zbudowanie instalacji w formie dużej kostki Rubika. Na każdej jej ścianie miało być dziewięć scen w kwadracie, każda w sześciu kolorach, które dostrzeże się w trakcie jej budowania. Te kolory pokrywają się z kolorami czakry w ciele człowieka. Pracując nad czakrami, pracujesz na elementami samego siebie. Podobnie jest w filmie. Każdy kolor ma znaczenie. Pomarańczowy jest o seksie, niebieski o komunikacji i wyrażaniu siebie, zielony o rodzinie i miłości, a biały o śmierci. Sceny żółte traktują o ego, a czerwone – o fizyczności.

 

 

Pewnie wiele osób się zastanawia, co się kryje w twojej głowie i czy jesteś równie szalona jak twoje bohaterki.

Moi rodzice się martwią, że robię takie filmy. Nienawidzą tego filmu i jest im wstyd, że go zrobiłam.

Skąd czerpiesz inspiracje? Wychodzisz na imprezy i obserwujesz ludzi?

Kiedyś dużo imprezowałam, teraz imprezuję mniej. W filmie mocno inspirowałam się ludźmi, którzy żyli tak, jakby jutra nie było. Amy Winehouse. Kurt Cobain.

W filmie pada pytanie: „niezależność czy egoizm?”.

Od wielu lat lansowana jest moda na niezależność i przez ten wypromowany egoizm stajemy się samotni. Niezależność nie zawsze musi się wiązać z nieliczeniem się z innymi ludźmi. Możemy robić coś po swojemu, pamiętając o swoich bliskich. Mój film opowiada jednak o egoizmie.

Dlaczego?

Obserwuję ludzi, zarówno młodych, jak i starych, którzy są nieszczęśliwi i samotni, choć teoretycznie bardzo dobrze sobie w życiu radzą. Są popularni, świetnie zarabiają. W Polsce widzę więcej samotnych kobiet. Ten film realizowałam częściowo w Holandii i tam z kolei dominują samotni faceci, którzy boją się kobiet stawiających na samorozwój. Samotność Polaków wynika z tego, że myślenie o drugim człowieku przestało być modne. A żeby być w związku, trzeba dawać i rezygnować z wielu rzeczy.

Pewnie są tacy, którzy uznają, że bohaterka twojego filmu jest przerysowana i nieprawdziwa.

Wydaje mi się, że ktoś taki jak ona może sobie chodzić po Warszawie i takich osób może być nawet więcej. Niedawno usłyszałam w radiu rozmowę Tomasza Raczka z Grażyną Torbicką, którzy użyli słowa „samogwałt” w odniesieniu do mojego filmu. Czy oni nigdy tego nie robili? Co to w ogóle za słowo? Dlaczego nie „samomiłość”? Ludzie się masturbują, żeby odczuć przyjemność, a nie zgwałcić się, bo to raczej nie byłoby przyjemne. Nie rozumiem, jak można się oburzać na mój film i mówić innym, by go nie oglądali.

To się zdarza?

Ludzie lubią to, co znają. W przypadku tego filmu czepiają się, że nie ma historii, a niby musi ją mieć. Dla mnie nie. Nie oglądam filmów po to, by dowiedzieć się, jak się skończą. Opowiadam o tym, co widzę, co mnie dotyka, o czym myślę. Mam w sobie radar. Gdy jadę tramwajem, słucham tego, co się dzieje. Smutno mi, że ludzie są samotni i że na świecie zrobił się taki bałagan.

Lubisz prowokować. W „Szatan kazał tańczyć” jest mowa o tym, że Jezus przygotowuje swoją stypę, co dowodzi próżności i samouwielbienia zarówno Jezusa, jak i jego wyznawców. Podpisujesz się pod tym?

W końcu nikt z nas nie wie, jak to było z Jezusem. Tak w ogóle to od dziecka wierzę w Boga. Wczoraj z Piotrkiem, moim mężem, gadaliśmy o tym i zasugerował, że może Jezus był gejem i dlatego spędzał tyle czasu z apostołami. Odparłam, że nie, że Jezus był supermęski, mógł mieć żonę i pewnie kochanki. Według mnie był supercharyzmatycznym człowiekiem, kimś w rodzaju artysty, a artyści są narcystyczni.

Czy po zrobieniu tego filmu poszłaś do spowiedzi?

Nie za bardzo chodzę do kościoła. Mój syn Ernest ma siedem miesięcy, nie jest ochrzczony i nie będzie, dopóki sam nie podejmie decyzji, jaką chce pójść drogą. Ja zostałam ochrzczona, chodziłam na religię, miałam komunię, powiedzmy więc, że jestem katoliczką, ale słowa, które wypowiadają księża, odsuwają ludzi od Boga.

Rozmawiał: Michał Hernes

Bio

Kasia Rosłaniec, autorka głośnych filmów „Galerianki” i „Bejbi blues” (łącznie ponad 1 000 000 widzów, prestiżowy Kryształowy Niedźwiedź Berlinale 2013), powraca na ekrany z odważnym i bezkompromisowym portretem młodej kobiety zagubionej we współczesnym świecie. W roli głównej wystąpiła Magdalena Berus, uhonorowana za występ w „Bejbi blues” nagrodą za najlepszy debiut aktorski na festiwalu w Gdyni.

Partnerują jej Łukasz Simlat, Danuta Stenka, Tomasz Tyndyk, Jacek Poniedziałek, Marta Nieradkiewicz, holenderski aktor Tygo Gernandt oraz wokalista John Porter.