Pusha T – My Name is My Name

Na pierwszy LP od #PushaT czekały tysiące fanów. W końcu raper miał na koncie trzy bardzo dobrze przyjęte albumy w swoim duecie #Clipse, ale nigdy nie pokusił się na rozwój solowej kariery.

Do czasu gdy spotkał #KanyeWesta. Kariera Pushy nabrała największego rozpędu po jego pojawieniu się w kawałku #Runaway. Od tego czasu nie tylko fani undergroundu, ale również mainstreamu zaczeli zacierać sobie ręce z myślą o debiucie Pushy. Album #MyNameisMyName pojawił się w sprzedaży trochę ponad tydzień temu, więc przesłuchałem go wzdłuż i wszerz i postaram się napisać sensowną recenzję, mimo mojego dużego dikrajderstwa w stosunku do tego 36-letniego debiutanta.

Po pierwsze uważam, że gdyby wywalić trzy kawałki z tego albumu świat byłby lepszy a sama płyta mogłaby spokojnie walczyć o lokatę wśród najlepszych wydawnictw 2013 roku. Niestety tracki z Jeezym, 2chainzem i Kelly Rowland zaburzają spójność albumu – zwłaszcza, że następują jeden po drugim.

Po drugie Pusha ma szczęście do dobry bitów. Takie tracki jak #NumbersontheBoard czy #Nosetelagia (z gościnnym udziałem Kendricka) zabijają swoją prostotą i zabawą dysonansem uzależniając po pierwszym odsłuchu.

Po trzecie #MyNameisMyName ma świetne featuringi. Prawda jest też taka, że jest tak samo dużo słabych featuringów jak świetnych, jednak nawet znienawidzony przez mnie #ChrisBrown idealnie wpasował się w klimat tracka, na którym się pojawia. #Drake jak zwykle wyśpiewuje jeden ze swoich świetnych hooków, a #Kanye przypomina swoim wyciem zajawkę #MyDarkTwistedFantasy.

Po czwarte ten album jest dobry, ale czegoś mu brakuje. Dużo kawałków zapadnie wam w pamięć, sporo świetnych bitów, dobrych 16-tek i refrenów, ale mimo wszystko coś jest nie tak. Może jest to kwestia tego, że mainstreamowy (mimo wszystko) hip-hop obrodził w świetne wydawnictwa na przestrzeni ostatnich dwóch lat i Pusha już nie jest tak świeży jak mógł się wydawać gdy nagrywał #IGotTroubleOnMyMind z Tylerem. A może po prostu nie jest to tak dobra płyta, bez żadnych usprawiedliwień. Warto jej poświęcić tydzień swojego życia, ale ostatecznie szybko pewnie o tym tygodniu życia zapomnicie.