Punk na patelni

Paul Roland
„Bates Motel”

Stare dziadki z Jarocina i 50 koncert UK Subs nie za dobrze wróżą punkowi. Co prawda ostatnio przy Metrze Centrum śmiga taki jegomość z ogromnym irokezem, ale chyba niestety sprzedaje tylko jakieś gazetki i na tym kończy się jego rewolucja. Trochę mi zatem smutno, bo napisy „Sex Pistols” czy „Ramones” jeszcze się trzymają na moich podwórkowych murach, a ja od dawna nie słyszałem porządnej punkowej płyty w starym stylu. Takiej bez wrzasków i nastoletniej hipsterskiej złości, za to pełnej miłego, trochę zakurzonego grania. Na szczęście jest Paul Roland! Starszawy już pan, który w czasach punkowego przewrotu kombinował coś tam w towarzystwie Marka Bolana, a przez speców od historii alternatywy uważany jest za ojca chrzestnego steam punku. Na swoim ostatnim albumie Paul brzmi prosto i na maksa chwytliwie, ale bez tej całej testosteronowej wioski. „Bates Motel” to taki album, po którym – jeśli trafi się na niego we wczesnej młodości – przestaje się słuchać Spice Girls i tnie się czyściutkie dotąd trampki żyletką. Płyta zachwyca masą akustycznych, zalatujących orientem wstawek i tekstami o córkach doktora Fu Manchu. Z drugiej strony atakuje chropowatymi kilkuminutowymi kawałkami, które gdyby nie hitowa melodia, raczej nie miałyby racji bytu. Ot, trzy akordy i darcie mordy. Paul to jednak stary wyjadacz i wie, jak te akordy złożyć, żeby pocieszyć słuchacza choć przez kilka pierwszych odtworzeń. Nie będzie to może płyta waszego życia, ale z pewnością coś, co zachwyci starych panczurów i wielbicieli retro grania, którzy przekopują Spotify w niekończącym się poszukiwaniu Świętego Graala klasycznego rocka. [Michał Kropiński]

4A!
MUZYKA