Przypadek? Nie sądzę, czyli „Tajemnice Silver Lake” (recenzja)

Kalifornijskie słońce, kryminalne zagadki, teorie spiskowe… Brzmi znajomo? Oczywiście – „Tajemnice Silver Lake” wydają się bowiem odpowiedzią na „Wadę ukrytą” Paula Thomasa Andersona sformułowaną przez podejrzanie zdolnego geeka. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że nowy film Davida Roberta Mitchella na wielu polach nie dorównuje kongenialnej adaptacji powieści Thomasa Pynchona. Mniejsza już o to, że „Wada…” tylko pozoruje beztroskę, by w rzeczywistości stanowić gorzkie rozliczenie z fiaskiem ideałów kontrkultury. Co znacznie ważniejsze, film Andersona – choć trwa aż dwie i pół godziny – przez cały czas utrzymuje zawrotne tempo i nie zawiera ani jednej zbędnej sceny.

„Tajemnice…” dorównują co prawda „Wadzie…” metrażem, ale mniej więcej po 2/3 seansu wyraźnie tracą impet. Zanim jednak Mitchell gubi się w zawiłościach własnej intrygi i zaczyna przeplatać sceny błyskotliwe z dziwacznymi, jest w stanie dostarczyć nam sporo frajdy. Duża w tym zasługa głównego bohatera Sama (świetny Andrew Garfield), który wzbudza naturalną sympatię, bo sprawia wrażenie jednego z nas, typowego konsumenta kultury masowej. Gdy więc zyskuje szansę, by przeżyć w realu przygodę w rodzaju tych, o jakich dotychczas czytał tylko w komiksach, czujemy, że dostępuje tego zaszczytu w imieniu nas wszystkich.

Perypetie Sama są miejscami ekscytujące, lecz przede wszystkim bardzo zabawne. Majstersztyk stanowi pod tym względem scena, w której bohater spotyka kompozytora przechwalającego się, że napisał wszystkie szlagiery muzyczne świata. Dzięki takim momentom można mieć pewność, że zrodzone z miłości do popkultury „Tajemnice…” same na trwałe zapiszą się w jej historii.

obsada: Andrew Garfield, Riley Keough, Topher Grace
USA 2018, 139 min
Gutek Film, 21 września

Dodaj komentarz