Przeczytaj fragment książki Bolesława Chromrego

Bolesław Chromry wydał właśnie swoją debiutancką powieść. Jeśli kochacie jego rysunki i styl to będziecie zachwyceni. My jesteśmy na tyle, że wydawnictwo objęliśmy swoim patronatem i przygotowaliśmy dla Was fragment książki.

To czwarty rozdział „Pozwólcie pieskom przyjść do mnie”. Zapraszamy do lektury:

Czekając na sobotę. Łatwo jest się śmiać z tych spośród mieszkańców mniejszych miast, brzydszych, gorzej ubranych i bez szans na codzienne wydawanie trzydziestu złotych na lunch. Bezpiecznie jest toczyć bekę, wylegując się na kanapie kupionej na Patyna.pl i kiepując blanta do popielniczki vintage od Stefana Piwowara. Fajnie jest pomyśleć sobie, że jednak  nieodbieranie telefonu przez dilera marihuany wcale nie jest problemem i że niektórzy ludzie to mają w życiu naprawdę przejebane. Na szczęście Dorota z Bartkiem mieli super, więc dokładnie tak mogli sobie myśleć. Ale podobnie jak całe społeczeństwo – również czekali na sobotę.

– idziecie na barke ?

– choddzcie dzis do mozgu

– jakiesx piwko??

– ja bede dzis w csw dawajcie tez

– no chodzccieeeeee

– nie zamulajcie na chacie znowu

– idziecie na slowdive?

– wisełka?

– piachu gra z zespolem, wbijajcie

– bedzie janek, cmon

– mam bilety na film o whitney, dolaczycie?

– ruszcie sie z domu w koncu

– chodz na piwo bedzie fajnie zobaczysz

– moze jakis piknik w weekend czy cos

– graliscie kiedys w bule?

– spicie?

Tak mniej więcej brzmiały wiadomości od ich przyjaciół  i znajomych. A z każdym tygodniem było ich coraz mniej, bo ile można się starać, kiedy druga strona ma w głowie tylko, no właśnie, Namysłowską. 

I tak od soboty do soboty. Jak inaczej określić styl życia osób, które nie tyle przestały imprezować, ile po prostu odmawiały jakiegokolwiek kontaktu z przyjaciółmi? Zarówno w weekendy, jak i w tygodniu. Zawsze. Odmawiały też alkoholu, przygodnego seksu i słodyczy. Osoby niedostępne. Tajemnicze. The artist is not present. Interesował ich tylko bazar. Białe kruki, białe kruki. Nie znajdziesz tego na Allegro. 

 

I każdego sobotniego ranka budził ich ten podniecający skurcz brzucha wywołany emocjami, które siedziały w nich tak głęboko, że nawet sen po skunach z dobrej jakości marihuany i tabletkach psychotropowych był na tyle płytki, że zegar biologiczny budził ich punktualnie o siódmej rano. I nie, że #lazymorning #saturday i #ilovemylife. Skończył się poranny  petting pod pościelą z H&M Home. Nie było już odżywczego seksu na dzień dobry i #happyweekendbaby. Był za to poranny trucht do piekarni po croissanty i „Gazetę Wyborczą”, będący jednocześnie spacerem z Gizmem. I potem dziesięć, no maksymalnie piętnaście minut na zjedzenie i coś na kształt porannej toalety. I nie, że poranny chilloucik przy Netflixie czy Kuchennych rewolucjach. Na sucho. Na głucho. Na szybko. Namysłowska czeka.

 

– Kurwa, pospiesz się. Widziałaś, ile ludzi już rano zapierdalał z przystanku na bazar?

– Jezu, nie wytrzymam tego.

 

Ale wytrzymywała. I nawet bardzo to lubiła. Jebani masochiści.

 

I szli na ten bazar. Niby jak dziady, bo z wózkiem zakupowym na kółkach, ale oczywiście takim ładniejszym. Nie, że z bazaru, że za 10 zł. Ikea. Szwedzki dizajn. Skandynawskie wzornictwo. Street Fashion in Poland. 

Trudno mówić o jakimkolwiek przekroczeniu bramy, bo sprzedawcy (zwłaszcza ci, którzy nie zdecydowali się na opłacenie stoiska) rozkładali swój towar na chodniku. I już im oczy latały. Świdrowały te święte obrazki zdjęte ze ścian w mieszkaniach osób zmarłych, te nic niewarte wazoniki i kubki z gipsu produkowane masowo pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Albo średnio czyste maskotki – gadżety  promocyjne firm, których już nie ma. Patrzyli na to wszystko i chłonęli atmosferę. Zaczarowani. Zachwyceni nie wiadomo czym szli między tymi stoiskami, obijając się o grube i sflaczałe ramiona zmęczonych życiem kobiet, które przyszły tutaj kupić ziemniaki, włoszczyznę i mięso, a nie wazoniki z PRL-u i szybkie okulary. 

 

Czego szukali? Szczęścia oczywiście. Podobno prawdziwy kolekcjoner nigdy nie wie, czego szuka, bo interesuje go wszystko. Wszystko i nic. Wszystko albo nic. Potargana koperta z winylem z największymi przebojami Hildegard Knef leżała na czubku góry innych zniszczonych winyli. Jak wisienka na torcie. Taka zgniła na skwaśniałym cieście. Jak na chacie Catherine Deneuve we Wstręcie Polańskiego. Ale to jest właśnie ta magia. Ten świat, ten smród. Rzeczy ze spalonych piwnic. Pamiątki nieżyjących ludzi, o których nikt nie pamięta. Handlarze z brakami w uzębieniu i opuchlizną alkoholową. 

 

I wśród nich Dorota z Bartkiem rzucali okiem na rzeczy nietypowe. To znaczy dziwne na Namysłowskiej, typowe na Instagramie. Dizajn po przejściach, wysoki połysk. Lampy tukany, misie kioskowce, meble na nóżkach, krzesła czyichś tam projektów. Szperali czystymi palcami w brudnych pudłach z zacietrzewionymi minami i zmarszczkami na czole. Że się niby znają. Szkoda tylko, że Dorota miała na sobie sukienkę za tysiąc złotych, a targowała się o pięć złotych za plastikową Maryjkę z Lourdes. 

 

To są właśnie te tarcia w społeczeństwie. To przez takie sytuacje wybuchają w krajach wojny. To przez takich ludzi giną nasze dzieci. Biednemu w oczy piach, a bogatemu kolekcja Solar jesień/zima. 

 

No i handlarz był ewidentnie zniesmaczony. Najwyraźniej skojarzył widoczną metkę firmy. Na Namysłowskiej można w krótkim czasie przejść kurs współczesnej mody przez  wielkie M, więc pana od płyt Hitlerjugend Knef z zalanej piwnicy niczym nie zaskoczysz.

 

– Ostatnio kupowałam u pana Maryjkę za złotówkę.

– Kiedy to było…

– No całkiem niedawno.

– Dobra, cztery złote.

– Trzy?

– Chryste Panie.

 

No bo kto bogatemu zabroni & biednemu zawsze Namysłowska w oczy. Tak szarżowała ta Dorota, a Bartek przeglądał książki dwa złote za sztukę i znalazł jakiś tam stary reportaż Krzysztofa Kąkolewskiego, nawet z dedykacją dla jakiegoś kolegi. Fajny kolega, skoro wypierdala książki od przyjaciół na śmietnik. No i wziął oczywiście, bo wmówił sobie, że to takie super. Archeologia na śmietniku. Jak Mariusz Szczygieł. Tylko że Bartek nie napisze o tym felietonu do „Dużego Formatu”. Co najwyżej na InstaStories. Ale przecież nikogo w tym kraju nie obchodzi Kąkolewski. Trudno, położy na półce i nie przeczyta. Półkownik jeden.

 

Przechadzali się ci nasi przedstawiciele polskiej klasy kreatywnej z coraz cięższym wózkiem. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc białka w ich oczach rozlały się z pragnienia zdobycia białych kruków. Ale zamiast nich natrafili na beżowego psa. To znaczy Bartek trafił, to jego serce zabiło mocniej. Znowu się spotkali. On i on. Niebo i grom. Bartłomiej był pewny, że nigdy go już nie zobaczy. Że nigdy nie pogłaszcze tego mięciutkiego futerka i nie zobaczy promyczka nadziei w jego pięknych błyszczących oczkach. Nazywał się Punio i jak się okazało, jest tu co tydzień. Towarzyszy swoim właścicielom w sprzedaży akcesoriów do telefonów komórkowych. Kto by nie kupił ładowarki do Samsunga od Punia? No proszę was. 

 

Nawet słońce zaczęło świecić jak jarzeniówka. Oświetliło ten dziadowski świat, to życie kurewskie. Punio merdał ogonem, a Dorota i właściciele psa nie wiedzieli, jak się zachować. Więc zachowali się przyzwoicie i próbowali zainteresować młode małżeństwo swoją ofertą. Bartek jednak zamiast na ładowarki i powerbanki zwrócił uwagę na guzka, jakiego wyczuł pod sierścią czworonoga.

 

– On coś tu ma. O, tu, pani dotknie.

– Oj tam, wie pan.

– No naprawdę.

– A, to kaszak, niech sobie rośnie.

– No ja nie wiem.

I Dorota nie wytrzymała, i pociągnęła go za rękaw. Ten wielce oburzony:

– Co ty robisz??!

 

Ale wystarczyło, że zamiast na psa spojrzał na nią i wiedział, że zabawa się skończyła. Dorota potrafiła się złościć i on dobrze o tym wiedział. Znał jej gniew i się go bał, więc szybciutko wstał, szepnął jak szczeniaczek:

 

– Dziękuję, do widzenia.

 

I oddalili się z tym wózkiem w stronę stoisk z przeterminowaną żywnością, o których pisała kiedyś „Wyborcza”.