Pozytywne zaskoczenia i dramatyczne wybory, czyli OFF Festival ma się świetnie

foto: Agnieszka Zakrzewska

Co roku ciężko było mi napisać wstęp do relacji z Off Festivalu nie popadając w banał. Mistrzowskiej klasy repertuar, czerpiący garściami z wszelkich gałęzi alternatywy, tej klasycznej i pomnikowej oraz wschodzącej i zupełnie nieznanej, osadzony w pięknej przestrzeni katowickiej Doliny Trzech Stawów stał się oczywistością w moim kalendarzu. Złośliwa historia rzuciła jednak organizatorom w zeszłym roku potężne kłody pod nogi, na których przewróciła trójka z najważniejszych artystów w line-upie imprezy. Lamenty festiwalowiczów, którzy poczuli się oszukani niczym klienci Amber Gold nie cichły w zasadzie do rozpoczęcia festiwalu (a nawet odbijały się w formie żartów na tegorocznej edycji). Ten logistyczny kataklizm nie powtórzył się jednak w tym roku, a tegoroczny rozkład jazdy składał się w większości z dramatycznych wyborów pomiędzy koncertami naszych faworytów. Reperkusje wydarzeń z poprzedniej edycji były odczuwalne, ale przede wszystkim w strefie gastronomicznej, w której było trochę więcej wolnej przestrzeni niż zwykle. Pod scenami ustawiały się jednak zastępy głodnych wrażeń fanów i odkrywców. I zdecydowanie mieli czego słuchać.

Największym wydarzeniem okazał się występ, na papierze, najbardziej zagadkowy. Scenę eksperymentalną w niedzielę zamknął bowiem występ grupy, która uporczywie przekonywała, że nie jest This Heat. Charles Hayward i Charles Bullen po 35 latach przerwy przypomnieli jednak o horyzontach, które wytoczyli w gitarowym świecie, łącząc eksperyment z gorącym, politycznym przekazem. Na scenie pojawili się aż z piątką napastników, wśród których byli m.in. Daniel O’Sullivan (znany z Grumbling Fur i wspierania takich tytanów gitarowej awangardy jak Sunn O))) czy Ulver) oraz James Sedwards, którego ledwo miesiąc wcześniej mieliśmy okazję podziwiać u boku Thurstona Moore’a. Dadaistyczne, wymykające się wszelkim klasyfikacjom kompozycje przeszły dzięki temu oczywisty lifting, ale trudno było się oprzeć wrażeniu, że tak właśnie zawsze miały brzmieć na żywo: gęsto, z wiecznie zmieniającym się metrum i chóralnymi śpiewami, które były w równym stopniu zachwycające i przerażające. Nagraną w byłej chłodni muzykę This Heat napędzał strach przed wojnami: bliską dla Brytyjczyków ówczesną na Falklandach, tą zimną, która sprowadzała się paranoicznego wyścigu zbrojeń oraz tą największą, znaną ze wspomnień starszych krewnych. Te lęki wcale nie straciły na aktualności, tak samo jak muzyka tego, nadal nie do końca, zrozumianego zespołu, która nie zestarzała się ani o sekundę (a w zasadzie nie trafiła jeszcze na godną epokę). To było potężne zaskoczenie, ale przede wszystkim niepowtarzalny występ. Zwłaszcza, że grupa bardzo uważnie dobiera okazje do spotkania i zagrała od początku 2016 roku ledwie kilkanaście koncertów.

foto: Agnieszka Zakrzewska

Trudno nie skontrastować tego kolosalnego brzmienia z z kaskadą dźwięków zaserwowaną zaraz potem na głównej scenie przez Swans, którzy podobnie jak pięć lat temu zakończyli festiwal. Tym razem jednak nie przy okazji głośnego (przynajmniej na dwóch płaszczyznach) powrotu, ale wygaszania działalności w obecnej inkarnacji. Być może to wynik sensorycznego przeładowania, niedziela obfitowała bowiem w intensywne dźwiękowa doznania, ale Michael Gira wraz ze swoją kompanią sonicznych terrorystów, wypadł wyjątkowo spokojnie. To było wyjątkowo mantryczne dwie i pół godziny, ewidentnie ukazujące zmęczenie tytanicznym wysiłkiem popełnionym w ostatniej dekadzie. I mimo że mi osobiście zabrakło konkretu, który zastąpiło przedziwne uczucie oswojenia z brzmieniem Swans, to jeśli ktoś opowie mi o epifanii jakiej doznał w czasie tego koncertu, bez ironii wysłucham go i zrozumiem.

Jeśli już jesteśmy przy rozliczaniu headlinerów: Intymny i wyciszony występ Feist miał w sobie mnóstwo walorów, ale w zaskakujący sposób zatuszował wyjątkowość, którą można znaleźć na płytach artystki. W Katowicach dostaliśmy od niej produkt miły, ale pozbawiony cech wybitnych. Tego samego nie można powiedzieć o PJ Harvey. To była moja trzecia styczność z Polly Jean na żywo w przeciągu ostatniego roku i mimo mikroskopijnych zmian w repertuarze tego mocno wystudiowanego, ale porywającego, widowiska trudno mówić o jakiejkolwiek nudzie. Harvey nadal prezentuje swoją znalezioną stosunkowo niedawno twarz zaangażowanej politycznie i spoglądającej z chmur na niepokojące wydarzenia, mojry. Największym walorem były jednak tego wieczoru, zagrane na koniec, starsze kompozycje, które w Gdyni i w Warszawie zabrzmiały jak nieco wymuszony prawami rynku epilog. W Dolinie Trzech Stawów były już za to pełnoprawną częścią tego występu – świetnie współbrzmiały z najjaśniejszymi punktami dwóch ostatnich płyt PJ i nie straciły nic ze swojego charakteru.

foto: Agnieszka Zakrzewska

Drugiego dnia festiwalu areną dla najbardziej pasjonujących zjawisk stała się scena eksperymentalna, która gościła artystów z całego świata. Pochodząca z Mauretanii, Noura Mint Seymali zaserwowała tuareskiego bluesa głosem łamiącym stal i z gracją gwiazdy rocka zupełnie niespotykaną dla wykonawców tego typu. Janka Nabay przybliżył z kolei, żądnemu pląsów, tłumowi tajniki muzyki bubu z Sierra Leone i zamiatając swoimi złotymi espadrylami całą scenę, okazał się najsympatyczniejszą postacią jaka przez trzy dni zagościła na festiwalu.

Zaskakującym źródłem egzotyki okazało się brytyjskie Newcastle. To właśnie stamtąd pochodzi Richard Dawson, który przywiózł ze sobą najciekawsze dźwięki jakie mogliśmy tego dnia usłyszeć. Zainspirowane tradycją muzyki dawnej i sztuki uprawianej przez minstreli, zaśpiewane potężnym głosem przez niepozornego Anglika piosenki okazały się najbardziej emocjonalnym momentem całego weekendu. Dawson jest świetnie wykształconym, i mającym spory pociąg do psychodelii, kustoszem, który z łatwością przenosił publiczność na wojenne fronty VII wieku i zapyziałe prowincje, na których współcześni ludzie, pokazując swój barbarzyński rodowód, mordują zwierzęta bez zbytniego uzasadnienia. Wychowanek północnej Anglii pokazał swój talent do łączenia dziwów ze szczerymi emocjami, a rzucone przez niego pytanie o to „czy ktoś jeszcze widział w życiu UFO” nie wydało się głupim żartem albo świadectwem szaleństwa, tylko poruszającym wyznaniem kogoś kto bardzo wnikliwie obserwuje świat wokół siebie.

W kontrze do, mikrohistorycznej analizy uprawianej przez Dawsona, stanął Conor Oberst. Założyciel Bright Eyes dał swój pierwszy występ w Polsce sześć lat po rozwiązaniu projektu, który przyniósł mu sławę i koronę dla „Boba Dylana XXI wieku”. Przyjechał jednak w najciekawszym, jak dotąd, momencie swojej kariery od tego czasu. W zeszłym roku, uznany tekściarz wyjawił, że w jego mózgu znaleziono cystę, która wprawdzie nie zagraża bezpośrednio jego życiu, ale była katalizatorem dla najciekawszych rozważań jakie wyszły spod pióra Amerykanina od dobrej dekady. W Katowicach wystąpił z pełnym zespołem i zaprezentował muzyczne oblicze, któremu najbliżej jest do klasycznego outlaw country i southern rocka. Oberst przypomniał dlaczego w poprzedniej dekadzie był królem klasycznie pojmowanego emo, ale z równą łatwością wystawiał z kolegami strzelby wymierzone w spaczony porządek świata i pozwalał sobie na, czasem nawet nazbyt bezpośrednie, żarty. Powolniejsze fragmenty tego koncertu (włącznie z upragnionymi przeze mnie skarbami z dyskografii Bright Eyes) nie odnalazły się na dużej scenie idealnie, ale można było o tym zapomnieć gdy 37-latek przystąpił do bezpardonowego, werbalnego ataku na urzędującego Prezydenta USA oraz potępił sytuację polityczną w Polsce (a wnosząc z jego, podkreślanego w tekstach, zamiłowania do literatury non-fiction, wie o niej znacznie więcej niż przeciętny mieszkaniec naszego kraju). To samo w sobie nie jest żadną sztuką. Sztuką jest powiedzieć coś interesującego na tak wyświechtany temat i to Oberstowi zdecydowanie się udało.

Tegoroczna edycja okazała się też zaskakującym odwrotem od muzyki elektronicznej. Scena Leśna odzyskała swoją oryginalną nazwę i na powrót stała się domem dla różnych dźwięków, nie tylko tych syntetycznych. Sety zaprezentowane przez Black Madonnę i Kornela Kovács były przyjemne, ale ciężko je nazwać interesującymi czy specjalnie ambitnymi. Dużo charakteru pokazała za to Jesse Lanza, której koncertowanie wychodzi coraz lepiej. Wydane przed rokiem „Oh No” było najfajniejszą popową płytą zeszłego roku i Kanadyjka w pełni pokazała jej przebojowy potencjał oraz osobliwą marsjańską zmysłowość.

foto: Agnieszka Zakrzewska

Modularne eksperymenty Mirt + Ter oraz Mapy także udanie walczyły o dobre imię pasjonatów potencjometrów i kabli, a prezentujący muzykę legendarnych Silver Apples, 79-letni Simeon płynnie poruszając się między kosmicznymi kołysankami oraz pełną narkotycznej paranoi disco-psychodelią udwodnił, że jest postacią niepodrabialną i niesłusznie zapomnianą. Fuzję tego co sztuczne i żywe sporządziło z kolei Beak>, jednego z pionierów trip-hopu, Geoffa Barrowa. Bristolczyk pojawił się jednak nie za zwałami syntezatorów, a za perkusją i razem z dwoma kompanami płynnie przechodził między krautrockiem i oparami King Crimson z lat 80-tych by stworzyć wielowątkowy, wciągający trans. Symulację zderzenia światów przeprowadziła też Anna Meredith. Lata doświadczenia w dziedzinie muzyki poważnej pozwoliły jej stworzyć osobliwą, własną odnogę art-popu. Zestawienie tuby (zastępującej klasyczny bas) i wiolonczeli z elektroniką i gitarowymi dźwiękami zainspirowanymi japońską sceną eksperymentalnego rocka jest świetnym pomysłem, ale na żywo spodobać się mogło tym, którzy byli słabo zaznajomieni ze studyjnym oryginałem. Meredith nie urozmaiciła bowiem swoich kompozycji w żaden sposób na żywo i w gruncie rzeczy w tej sposób mnie rozczarowała.

Na niedoborze syntezatorów i maszyn perkusyjnych skorzystały gitary i wzmacniacze, których reprezentacja była silna i godna Ligi Mistrzów. Przez napięty kalendarz produkcyjny i długą listę kultowych albumów, nad których przygotowaniem czuwał Steve Albini, umknąć może jak jest muzykiem gdy sam stanie z gitarą za mikrofonem. Jego Shellac to instytucja kuloodporna. Zespół, który minimalnymi środkami tworzy brzmienie potężne i niepowtarzalne. Na Scenie Miasta Muzyki zaprezentowali widowisko na przecięciu koncertu, wykładu i performensu, a dekonstrukcja muzyki gitarowej zaczęła być dosłowna w momencie, w którym muzycy w drugiej połowie koncertu zaczęli rozbierać zestaw perkusyjny i odkładali instrumenty w nieprzewidzianych momentach.

Pierwsze słodkie owoce Brexitu skosztować można było na koncertach Shame i IDLES. Pierwsi pokazali dekady tradycji Manchesteru jako światowej stolicy gitarowej chuliganerii i udowodnili, że przejmują tę pochodnie pewną, aczkolwiek mocno spoconą, dłonią. Drudzy z kolei dali pełny popis anarchii ubranej w słowa mądre i pełne ironii oraz energii, która dosłownie roznosiła muzyków po całym namiocie. Zaskoczenia nie było też w wypadku Thee Oh Sees, którzy powtórzyli sukces sprzed czterech lat (kiedy podłoga Sceny Eksperymentalnej została połamana przez szalejącą publiczność) i tym razem w chmurze pyłu pod Sceną Leśną zaprezentowali swoją nową inkarnację, w której motorem tej bezustannej jazdy jest dwóch, perfekcyjnie zsynchronizowanych, perkusistów.

foto: Agnieszka Zakrzewska

Tytułu pewniaka nie obronili z kolei Japończycy z Boris. Wpływowe trio przywiozło ze sobą piramidę wzmacniaczy oraz materiał ze swojej kultowej płyty „Pink”. Ten repertuar nie wydawał się jednak dobrany najlepiej. Sludge metalowe fragmenty albumu były imponujące, ale w żadnym wypadku nie porywające, a występ nabrał rumieńców dopiero pod koniec, gdy zespół zagłębił się w poszukiwanie ciekawych tekstów i odłożył na bok wirtuozerskie solówki. Klapą na całej linii był jednak występ Royal Trux. Ciężko mi poskromić emocje, bo oczekiwałem powrotu zespołu inspirującego, który przez całą swoją karierę bawił się muzyką często w sposób ekstremalny. Jennifer Herrema pojawiła się jednak na scenie w stanie, w którym nawet posłowie Samoobrony nie pokazaliby się na sejmowych korytarzach, a efektem jej niedyspozycji był bezsensowny chaos, który nie udowodnił niczego (poza zgubną naturą substancji odurzających), a wielu potencjalnych fanów odstraszył. To był najpewniej najgorszy występ jaki widziałem i nie mam ochoty nawet próbować rozkładać go na czynniki pierwsze. Lepiej skupić się na zwycięzcach minionego weekendu.

Po ciężkiej przeprawie, Off Festival nie tylko powrócił z tarczą. To była najpewniej najlepsza edycja w historii imprezy. Pełna wielkich postaci, zaskoczeń i muzycznego jasnowidzenia. I życzę by owce, które zgubiły się po drodze, wróciły do Doliny Trzech Stawów, bo przyszłość zapowiada się wyłącznie optymistycznie.